Odpowiedzialni za los Ojczyzny obywatele chodzą na wybory. Wybierają wójta, posła, prezydenta. Robią to w nadziei, że wybrany, zwłaszcza obejmujący najwyższy urząd w kraju, będzie działał dla dobra Polski i Polaków. A co, jeśli tak nie jest?
W związku z prowadzoną przez Nawrockiego polityką, idącą na zwarcie z rządem, komentatorzy zadają pytania: czy Polska może sobie pozwolić na politykę nagminnego blokowania ustaw i drugie nie mniej ważne; co tak naprawdę kryje się za tymi wetami.
Weto
Jest jednym z najpotężniejszych narzędzi, jakie ma polski prezydent. Ale ma służyć temu, aby zatrzymać ustawę złą, niekonstytucyjną, albo niebezpieczną dla państwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy weto przestaje być wyjątkowym bezpiecznikiem, a staje się stałym instrumentem prowadzenia polityki, rodem z piaskownicy i występuje na zasadzie nie podpiszę, bo nie, i co mi zrobisz?
I właśnie w związku z taką działalnością Karola Nawrockiego, należy dziś pytać co kryje się za jego wetami. Prezydent ma konstytucyjne prawo nie zgadzać się z treścią ustawy, ba, nawet ma obowiązek reagować gdy uważa, że ustawa narusza interes państwa. Ale państwo nie może być sprawnie zarządzane, jeżeli każda większa reforma staje się nowym polem wojny pomiędzy Pałacem Prezydenckim a rządem.
Takich pól przybywa
Kancelaria Prezydenta odnotowuje kolejne weta dotyczące bardzo różnych dziedzin - od wymiaru sprawiedliwości i rynku kryptowalut po energetykę, podatki, ochronę zdrowia, przepisy dotyczące pomocy Ukrainie. Czy wreszcie zawetowana przez Nawrockiego, a tak potrzebna w świetle ostatnich ataków w szkołach, chroniąca dzieci i młodzież - ustawa o usługach cyfrowych. Nawrocki wetując ją wskazał m.in. na potencjalne naruszenie wolności słowa. Naprawdę o to chodzi?
To, co uprawia Nawrocki, nie jest już pojedynczym konfliktem o jedną kontrowersyjną ustawę. To coraz trwalszy model tworzenia drugiego, równoległego ośrodka władzy, działającego w interesie partii prawicowych.
I tu pojawia się drugie pytanie, znacznie ważniejsze niż kolejna awantura pomiędzy Tuskiem a Nawrockim: czy w tej bardzo trudnej sytuacji, w której znajduje się Polska, możemy sobie pozwolić na chaos i permanentne przeciąganie liny?
Polska nie jest wyspą
Za naszą wschodnią granicą trwa wojna Rosji przeciwko Ukrainie. To nie jest abstrakcyjny konflikt gdzieś daleko. Polska znajduje się najbliżej tej wojny i regularnie już jest kąsana przez Putina. Należymy do państw najbardziej zainteresowanych tym, aby wojna nie zakończyła się strategicznym sukcesem Moskwy. Dlatego bezpieczeństwo, obronność, energetyka, jedność państwa, infrastruktura i finanse publiczne nie powinny być traktowane wyłącznie jako amunicja w bieżącej walce partyjnej.
W 2026 roku rząd zaplanował około 200 mld zł wydatków na obronność, czyli 4,81 proc. PKB. Polska zawarła również umowę w ramach unijnego programu SAFE, która zapewnia ponad 180 mld zł finansowania wzmacniającego armię i krajowy przemysł obronny. To są liczby, przy których polityczne spory powinny zejść przynajmniej o kilka poziomów niżej. Tymczasem jednym z najbardziej wymownych przykładów konfliktu stało się właśnie SAFE. Prezydenckie weto uruchomiło po stronie rządu konieczność szukania alternatywnego rozwiązania. Na szczęście udało się premierowi Tuskowi uratować te pieniądze i tym samym wzmocnić nasze firmy z sektora obronnego. Można oczywiście dyskutować, czy konkretne przepisy były najlepsze. Można było je krytykować i domagać się poprawek. Ale czym innym jest kontrola władzy, a czym innym sytuacja, w której mechanizm blokowania zaczyna być sam w sobie metodą prowadzenia polityki.
Czyje zwycięstwo, czyje państwo
W polityce partyjnej logika jest prosta: jeżeli przeciwnik nie może zrealizować swoich obietnic, ponosi polityczne koszty. Jeśli rząd nie może przeprowadzić reform, jego wyborcy mogą się rozczarować. Jeśli koalicja rządząca słabnie, opozycja może na tym zyskać. To wszystko jest częścią demokracji. Ale państwo nie jest planszą do gry, na której liczy się wyłącznie to, kto w grze zdobędzie więcej punktów.
Jeżeli reformy są blokowane tylko po to, żeby osłabić rząd, mamy do czynienia z interesem partii postawionym ponad państwem. W czasie pokoju z mniejszym, lub większym problemem dla obywateli, napina się tę linę. A co, gdy w czasie zagrożenia lina pęknie? To wtedy, nie władza, a zwykli Polacy zapłacą ogromną cenę.
Wiesława Kusztal

Napisz komentarz
Komentarze