Oto w samym środku polskiego parlamentu, miejscu, które z definicji powinno być przestrzenią słowa, argumentu i sporu, nagle podczas wystąpienia wicepremiera zamiast kontrargumentu pojawia się szczekanie. I tym razem nie jest to metafora. Posłanka PiS Dominika Chorosińska wystąpiła solo w partyjnym chórze w wersji kynologicznej. Nagranie błyskawicznie obiegło media.
Właściwie można byłoby nad tym prostackim wybrykiem tylko wzruszyć ramionami, gdyż Sejm RP widział już nie jedną wtopę, zwłaszcza za czasów Kuchcińskiego i Witek. Krzyki, ostentacyjne wychodzenie z sali, środkowy palec Lichockiej, reasumpcje, czy „takiego wała”Kamińskiego itp.
Ale w tym przypadku jest pewien szczegół, który nadaje tej scenie wyjątkowo groteskowy wymiar. Chorosińska, nie mam pojęcia czym na to zapracowała, ale była ministrem kultury i dziedzictwa narodowego. Osobą, która przez chwilkę zasiadała na szczycie instytucji państwa. Dziś trudno o bardziej ironiczny obrazek. Posłanka trafiła do serwisów informacyjnych, ale nie za sprawą błyskotliwej refleksji o kulturze, lecz za sprawą „szczekania”. Demokracja nie wymaga od polityków uprzejmości rodem z Wersalu, ale wymaga, żeby osoba, która dostała mandat poselski, pamiętała, że jest człowiekiem, a nie zwierzęciem.
I właśnie tutaj zaczyna się rzecz znacznie poważniejsza niż „szczekanie”.
Problemem jest to, że coraz częściej polska debata polityczna nie opiera się na argumentach, a zdaje się premiować chamskie zachowania, kłamstwo i obłudę. Liczy się mocny gest. Krzyk. Awantura. Argumenty w dyskusji trudno znaleźć, bo te wymagają trochę wiedzy i myślenia. A z tym u wielu parlamentarzystów, zwłaszcza tych hołubionych przez tv Republika, jest spory kłopot.
Sejm
Jest miejscem, gdzie słowa mają, a przynajmniej powinny mieć konsekwencje. Stanowi się tam prawa, które dotyczą milionów ludzi. Ich życia i bezpieczeństwa. I być może scena ze szczekaniem jest tak symboliczna, nie dlatego, że jest najbardziej skandaliczną rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobił parlamentarzysta. Jest symboliczna, bo pokazuje jak nisko upada naród, który wybiera do parlamentu osobę znaną z tego, że ma ona problem z moralnością, etyką i z przestrzeganiem podstawowych wartości. Kiedyś polityk debatę mógł wygrać argumentacją. Dzisiaj można go zagłuszyć krzykiem, buczeniem, gwizdem i jak się okazuje - szczekaniem. Może właśnie tutaj warto przypomnieć m.in. posłom takim jak: Czarnek, Kowalski, Gosek and company, najbardziej banalną rzecz pod słońcem,że kultura zaczyna się od sposobu, w jaki traktujemy drugiego człowieka wówczas, gdy się z się z nim fundamentalnie nie zgadzamy. Kultura nie upada wtedy, kiedy zamyka się muzea. Upada wtedy, kiedy człowiek przestaje rozmawiać z drugim człowiekiem po ludzku. I tego żadne ministerialne stanowisko, partyjna legitymacja ani poselski mandat nie zmienią.
Parlamentarny savoir-vivre został pogrzebany
Można się tylko zastanawiać, co będzie dalej? Czy podczas następnego posiedzenia doczekamy się miauczenia przy ustawie podatkowej? Piania koguta przy expose? A może całego chóru zwierząt gospodarskich przy wielogłosie trzody chlewnej, podczas głosowania nad budżetem?
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że osoba związana zarówno ze światem kultury, jak i polityki powinna szczególnie dobrze rozumieć, czym jest język. Ale ona tego nie rozumie. Bo przecież język polityczny - nawet ostry i bezkompromisowy - nadal powinien służyć komunikacji.
Można kogoś nazwać niekompetentnym, albo zarzucić mu hipokryzję. Można też wygłosić taką ripostę, że przeciwnik będzie o niej długo pamiętał. Ale kiedy parlamentarzysta zamienia mównicę na wybieg dla psów, problem przestaje dotyczyć tylko dobrych manier.
Dotyczy powagi państwa
W polityce, zwłaszcza w niektórych ugrupowaniach, coraz częściej widać i słychać, że nie chodzi o to, aby powiedzieć prawdę i coś mądrego. Chodzi o to, żeby mówić coś, co zostanie nagrane i po przetworzeniu puszczone w tv Republika. Sejm, ku rozczarowaniu części posłów, nie jest sceną Kabaretu Moralnego Niepokoju i nie jest areną cyrkową, przyjazną klownom. To jest miejsce, w którym stanowi się prawo. Dlatego chamski występ, aktorki Chorosińskiej ze szczekaniem w roli głównej, jest czymś więcej niż chwilą żenującego spektaklu. Jest symptomem pewnego procesu, w którym coraz częściej politycy, głównie ci wyżej wymienieni, nie próbują jakkolwiek i czymkolwiek przekonać obywatela. Próbują go tylko rozgrzać do czerwoności.
Wiesława Kusztal

Napisz komentarz
Komentarze