30 lat milczenia, 100 lat pod lupą reportera

  • 01.09.2022, 13:37
30 lat milczenia, 100 lat pod lupą reportera

Zamilkł w 1992 roku po wydaniu książki „Czyściec mężczyzn”, wiwisekcji własnego losu, do czego się nie przyznał, ale wszyscy, którzy go znają, wiedzą, że to był on: Wojciech Pielecki - jeden ze 100 najwybitniejszych reporterów polskich XX wieku. Teraz, po 30 latach milczenia, wrócił do tamtego wątku, ale w bogatszej (treściowo i objętościowo) formie - w 666-stronicowej książce (jest też na szczęście e-book) pt. „Faceci na karuzeli”. W podtytule: „Księga Wejsun. Sto lat niezwykłych”.

Wydawca taką daje zajawkę w księgarniach internetowych: 

„Życie jest karuzelą... To stwierdzenie dobrze oddaje fabułę tej opowieści. Życie jest bowiem karuzelą, na której kręcimy się, powodowani rozlicznymi przypadkami, często tak zdumiewającymi, jakby były tylko dla nas przeznaczone. A faceci (oni głównie) mają do tego szczególną skłonność. Trzyma się ich bowiem swoisty samczy fatalizm. I mroczne tajemnice, z których trudno się im wyzwolić. Rzecz dzieje się wprawdzie w mazurskiej wsi Wejsuny, ale kipi tu cały świat. I liczne tabu pętające losy bohaterów: polityczne, społeczne, erotyczne...”

Przeczytałem tę książkę... Nie powieść to i nie reportaż, choć przez wybitnego reportera napisana. Ubezpiecza się w niej inwokacją, jak z Olgi Tokarczuk (notabene: Noblistka pierwsze teksty publikowała pod jego skrzydłami w tygodniku „Na przełaj”):

„Wielka Podróż przez dziesiątki granic, setki życiorysów, jedno jezioro i jeden bunkier, nie licząc pewnego małego bagna, opowiedziana przez Zmarłych i Żywych, Prawdziwych i Nieprawdziwych, a przez Autora opisana metodą MOZAIKOWĄ Melchiora Wańkowicza, która wymaga tyleż FAKTÓW, co IMAGINACJI, będącej naturalnym darem człowieka piszącego – pragnącego skupić ŻYCIE, jak w soczewce, dla refleksji i wzajemnego zrozumienia…”

Dał mi tę książkę na rok przed właściwym startem. Sam ją sobie wydrukował. Chciał sprawdzić, jak będzie wyglądać. Powiedziałem mu wtedy, że przesadził. - Tego nikt nie przeczyta - rzekłem. - Ja, jak mi dasz e-book.

Kazał mi przeczytać choćby jeden rozdział. Zrobiłem to. I już byłem w domu. Wojciech Marcin Grabski to główny bohater „Facetów”. Dwa pierwsze imiona są właściwymi imionami Pieleckiego, który twierdzi, że jego książka nie jest reportażem, choć jest. Ubezpiecza się jednak tym twierdzeniem, bo - jak sam mówi - wrażliwość jej bohaterów, z których wielu zna od ponad 50 lat, nie jest aż tak wyrozumiała dla literatury faktu, żeby mu się nie odwinęli rozprawami sądowymi. Tłumaczył mi: „Naruszam w niej tak bardzo ich intymność, że sam bym się wkurzył. A oni zobaczą tu siebie, jakimi są naprawdę, bo ich nie retuszowałem. Powiem Ci więcej: pierwszym recenzentem tej książki był nieżyjący już proboszcz parafii w Wejsunach, z którym się przyjaźniłem. I on mi powiedział po lekturze: - Jakbyś był w konfesjonale...”

No, właśnie... To jest spowiedź autora, który kocha tę wieś (Wejsuny) i świat (szeroki). Wiem to, bo przeczytałem w końcu całość. Rzecz dzieje się głównie w latach 1994-2006, ale korzeniami sięga początków XX wieku. To taka epicka opowieść o mieszkańcach jednej z mazurskich wsi, o ich wzajemnych relacjach i psychologicznych uwikłaniach, również w historię. Społeczność Wejsun ma rozliczne związki z zagranicą. Jej obecny skład to (patrząc na rodowód) autochtoni, Mazurzy, oraz ludność napływowa, ale nie tylko z powojennych fal repatriacji, także z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku - z Polski i ze współczesnego świata: USA, Niemiec, Nigerii, Maroka, Meksyku, Izraela, Tajlandii, Libanu.

Autor nie ukrywa, że jest wielbicielem powieści „Sto lat samotności” Gabriela Garcii Márqueza, stąd w podtytule „Sto lat niezwykłych”, a kilka odniesień wprost do tej książki czytelnicy znajdą bez trudu. Rzecz, jak tam, dotyczy jednej miejscowości, więc jest i „Księga Wejsun”. Trochę jak „Księgi Jakubowe”, a trochę jak „Bieguni” Olgi Tokarczuk, bo metodę narracji przyjął dość podobną.

Osią dramatyczną tej opowieści reporterskiej - jak ją sam Pielecki w końcu nazywa - jest próba zdobycia  bunkra z II wojny światowej, który - jak wyrzut sumienia - tkwi nad jeziorem, niezdobyty fizycznie i mentalnie. Kilku zaś prominentnym mieszkańcom gminy szczególnie zagraża. Są tam bowiem ukryte kompromitujące ich dokumenty, a także pieniądze Werwolfu. Bohaterowie tej opowieści - niejako z tego powodu - uczestniczą w różnych dramatycznych wydarzeniach w kraju i na świecie, będąc współczesnym ucieleśnieniem „potomków” Smętka, złożonym jednak z konfliktów różnorodniejszych niż dawniej, bo układających się nie na prostej osi Mazur - Niemiec, ale Wejsuny - Reszta Świata.

W tej książce Pielecki podważa m.in. propagandowe tezy Wańkowicza o jednorodności Mazurów w zderzeniu z żywiołem pruskim, pokazując ich losy zdecydowanie bardziej skomplikowane, np. miłość Mazurki i Niemca, przyszłego pilota Luftwaffe, wyszkolonego zresztą w Dęblinie przez przyjaciela jego ojca, Polaka, z którym walczyli wspólnie na Bałkanach. Idąc dalej w czasy współczesne, podważa mit antysemityzmu na polskiej prowincji. Opisuje przyjaźń od dzieciństwa dwóch chłopaków, których rozdzieliła nagonka 1968 roku. Jeden został lata później polskim śledczym, a drugi pilotem izraelskim. Rozbija - na przykładzie gminnym - kolejny propagandowy mit, tym razem Polski powojennej, według zacietrzewionej prawicy, wyłącznie czarno-białej. Pokazuje zmowę milczenia, dla wzajemnego przetrwania, między oficerami UB i WOP, żołnierzem Werwolfu, później zachodnioniemieckim agentem, i Mazurką - ewangeliczką, przyjaciółką katolickiego proboszcza, z którym wiele lat później robi wspólne interesy w spółdzielni zielarskiej na parafialnym gruncie.Wreszcie śmiało wchodzi w sferę erotyczną swych bohaterów, umiejętnie i delikatnie kreśląc zawiłości życiowe byłego komendanta powiatowego policji i palestyńskiego fedaina, którzy spotkali się w Wejsunach dziwnym zrządzeniem losu (ta tytułowa karuzela!) i... pokochali! Ich pierwsze zbliżenie w paśniku nad jeziorem - to majstersztyk delikatności i sztuki zrozumienia. Tak samo jak pierwsze zbliżenie Teresy, dyrygentki orkiestry strażackiej, chcącej w dzieciństwie zostać papieżem, a została tylko ministrantką, z synem głównego bohatera, Kamilem, będącym po traumie w domu dziecka. W przeciwieństwie do obrazu czułości tych dwojga, rzeczywistość „bidula” Pielecki opisuje w sposób niezwykle realistyczny, brutalny nawet. Widać w tym oko i pióro reportera...

„Faceci na karuzeli” są więc... naprawdę reportażem! Choć nim nie są, jak twierdzi autor. Zresztą wszystko jedno, jak ich zwać. Są SUMĄ PRAWDY O POLSCE, która ma się nijak do propagandy rządzących. Zwłaszcza ta gminna prawda. A ostatni rozdział - „Rustapielka” (Bułhakow by się go nie powstydził, jak sądzę) - pokazuje ją w podobnym krzywym zwierciadle, że albo przysiąść i płakać, albo śmiać się do rozpuku.

Dla kogo jest ta książka? Autor twierdzi: „Pisałem ją dla swoich rówieśników i rówieśników mego syna i wnuków. Spektrum wiekowe: 15-80 lat. Cecha wspólna: miłość do książek o wartkiej akcji, kryminalnej atmosferze, z bohaterami, którzy czegoś pragną w życiu i to dostają. Prywatny sondaż sprawdził, że chyba trafiłem, choć na tylu stronach”.

Ja też tak myślę! Tylko trzeba ją przeczytać, nie zniechęcając się objętością. Do wyboru: drukowaną na papierze (cena 88,98 zł), lub w e-booku (13,65 zł). Co kto woli. Ale... frajda murowana! Dla zwolenników beletrystyki, jak i literatury faktu. 

 

https://ridero.eu/pl/books/faceci_na_karuzeli/

(pw)
 

 

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe