Z życia wzięte. Zanikający świat

  • 10.01.2020, 15:21
Z życia wzięte. Zanikający świat

Na starej mapie Brodnicy i okolic, z czasów międzywojennych, to miejsce oznaczono jako Świniokąty. Ciekawa nazwa, tak ją odbieram. Inni się obrażają, że niby jakieś świńskie kąty, zapadłe dziury. W tamtą stronę idę. 

Cegielnię 

na Ustroniu, a w zasadzie na Świniokątach, zbudowano na przełomie XIX i XX w. Materiał do budowy był pod ręką. Glinianka tuż obok - wędkarze sporadycznie ją nachodzą, a w letnie dni - niestety - kąpią się tam dzieci. Po cegielni pozostała już tylko glinianka.

W 2005 roku pod okiem Piotra Bika z Gdańska pracowali specjaliści od wybuchów. Podstawa komina cegielni została nafaszerowana ładunkami w czterdziestu punktach. Każdy o głębokości 60 cm. Piotr Bik chciał, żeby położył się w stronę lasu. I położył się. Śladu po nim dziś żadnego. Można, co najwyżej, iść po śladach wyobraźni.

Więc idę, 

przypominając sobie ten krajobraz sprzed lat. W stronę lasu, w kierunku upadku komina. W zagłębieniach drobne plamy śniegu – sypnął w mało znaczący sposób w ostatnie dni grudniowe. Przykrył szaro-burą roślinność, zniechęconą do życia, w lesie przyjął się na dłużej. Zimowy znak. W pierwszy dzień nowego roku tylko oszroniona trawa, łąki naddrwęczne. 

Przecinam asfaltową ulicę Ustronie, obdarzoną wielością latarni. Nie świecą wieczorem i nocą, ale są. Może kiedyś błysną. Asfalt przecina także bażant, pięknie ozdobiony, kolorowy garnitur, szczególnie od głowy. Rozgląda się bacznie, ja w bezruchu, ani kroku dalej, wolno ręka wędruje do aparatu fotograficznego. Za wolno. Poooooooszedł!

Po lewej stronie mam las, 

posypany śmieszną resztką niby-śniegu, po prawej ogrodzenie wysypiska śmieci – pagórek ziemią posypany, oponami zawalony. Czy to właściwe dla nich miejsce? 

W lesie tym noclegował niegdyś bezdomny, zwany Zezowatym. Przychodził do mnie po żarcie. Coś zawsze wyprosił. Lubiłem Zezowatego, jego prostą mowę, szczerość. Z jego twarzy przezierał lęk przed możliwym nieszczęściem, bo oprócz tego, że życie  mu dało po dupie, to po pysku dostał od kolesiów większych i silniejszych. Więc mnie, obcego, też się bał. Czasami przynosiłem mu jedzenie do lasu. Był na stanie leśnego obozowiska, świata skleconego z gałęzi, szmat, folii i mchu. Od końca kwietnia do połowy września. Potem gdzieś się przenosił. Kiedy zimową porą waletował Zezowaty na podłodze w starej przechowalni dla bezdomnych, był tolerowany. Po Wielkanocy, z reguły, gdy słońce nieco bardziej pokazywało swoją moc, procesyjnie przenoszono Zezowatego wraz z dobytkiem do lasu. Dobytkiem był stary plecak z odzieżą zimową i dwie reklamówki. Przenosiny miały charakter uroczysty, każdy z uczestników uroczystości coś niósł, także za paskiem. Oprócz reklamówek z dobytkiem Zezowatego nie brakowało innych akcesoriów codzienności, niezbędnych do przeżycia - butelek wina i denaturatu. Uroczystość trwała do pierwszego padnięcia, towarzystwo spało tej nocy w lesie. Dokładne – w lesie, u Zezowatego.

Pojawiał się Zezowaty, znikał. Kilka razu w roku krążył po Ustroniu. Aż zniknął na zawsze. 

Dzięcioł 

gdzieś przykleił się do smukłej sosny. Słyszę go wyraźnie, dziobem pracuje rytmicznie.  Za tym stukotem podążam. Nadal go nie widzę, ale stukot głośniejszy, a zmiana rytmu, dysonans, jak w kompozycji perkusisty: ciach-ciach-ciach, puk-puk, puk, ciach-ciach, puk-puk-puk. Wiele energii wkłada w tę twórczość. Wreszcie znajduję – czarny garnitur, czerwona czapka – w takim stroju występuje. Nic dziwnego, że nie mogłem go zlokalizować. Puk-puk-puk!!!!    

Odbijam w prawo, 

na niewidoczny już wał, nasyp kolejki wąskotorowej. Historia tego szlaku wiąże się ściśle z budową, ponad sto lat temu, cukrowni w Ostrowitem, blisko Rypina. Plantatorzy buraków mieli kiedyś zadanie dostawiać je furą do Brodnicy i stąd, kolejką, przez most na Drwęcy w okolicy starych Świniokątów i Kominów, odbywały podróż do cukrowni. Wiele lat temu cukrownia zrezygnowała z tego środka transportu - wielkie wywrotki miały swój czas.  A potem nowy właściciel z zagranicznego rynku, dość szybko po nabyciu starego zakładu, położył go, zgodnie z prawami wolnego rynku.  Cukrownia jest już tylko częścią historii tego regionu. Drobne ślady we wsi Ostrowite jeszcze są. Na Swiniokątach torowiskiem zainteresowali się złodzieje, uznając, że nic się nie stanie, gdy oni je rozbiorą, podkłady pójdą na spalenie, a żelazo (szyny) na złom. Jak pomyśleli, tak zrobili. Piłką do metalu. Idziesz i nagle słyszysz ten charakterystyczny dźwięk: iiii-ja, iiii-ja, iiii-ja…. Melodia demontażu. Dziś już wszystko pozamiatane, a co się nie 
dało obróbce złomiarzy zostało w ziemi. Ziemia obłożyła drewniane podkłady i żelazne szyny wilgocią, trawą, zasłoniła przed wędrowcem, wścibskim reporterem.

Mimo wszystko próbuję przebijać się przez chaszcze, bacznie patrząc pod nogi, na boki, szukam dawnego szlaku, zakrzaczone gałęzie dzikiej leszczyny kładą się na twarzy, wyrywają czapkę z głowy. Jestem na terenie gdzie obowiązują prawa przyrody, gdzie natura trzyma wszystko w garści. I tylko tam, gdzie zostawia wolne miejsce można uzyskać pozwoleństwo na przejście, postawiać stopę, zrobić krok, potem drugi i pamiętać, że w drodze powrotnej może już być inaczej. No i wreszcie jest most 

żelazny, nie do przejścia. Nadszarpnięty czasem i ludzką ręką. Resztki szyn, resztki podkładów, resztki części nośnej, jak powiadają drogowcy. Stanąłem przed tym mostem jak kiedyś Wojtek od krów, którego zauroczyły wzgórza Szabdy. Wojtek, mieszkający nad Drwęcą, miał krowy i wypuszczał je wolno, do lasu, na łąki naddrwęckie, zimą i latem, w śniegu, w deszczu. Do obory wracały kiedy chciały. Zauroczony wzgórzami Szabdy, kierunkiem na Belfort, zauważył kiedyś filozoficznie, że najładniejsza jest 

Biała Góra 

Nie wiem, czy miał na myśli białą, zaśnieżoną, czy coś innego kryło się w tej nazwie. W każdym razie, gdy wyraził tęsknotę za Białą Górą, podkreślając jej krajobrazową wyjątkowość, a ja o tym napisałem raz kiedyś w „Gazecie Pomorskiej”, nadeszła do redakcji niezwykła przesyłka. Jedna z Czytelniczek przesłała Wojtkowi od krów mapę i swego rodzaju przewodnik związany z Alpami i Białą Górą, czyli Mont Blanc. Takie kojarzenie. Dziś to już inny, zanikający świat.    

Zima niezbyt zimna

Przynajmniej na razie. Na plusie 6 stopni C. Odnotowuję, bo to przecież 1 stycznia 2020. Chmury, szary dzień. Szukam w starych notatkach jakichś ciekawostek, punktów odniesienia. Jest rok 2010, czas styczniowy, ale bliżej lutego, niebo błękitne, mroźno.  „…Na Ustroniu, w okolicy dawnych Świniokątów, za oknem było dziś z rana minus 22 stopnie C. Jadąc jeszcze nieco wyżej, w stronę Rypina, zatrzymuję się w Moczadłach, by stwierdzić, że jest tam minus 23. W Gorczenicy - ten sam wynik. Podobnie jak za Brodnicą z drugiej strony - w Jajkowie. Z kolei w mieście o rannej porze było tylko...minus 20. Podobnie na północ jadąc, do sąsiadów. Na kurzętnickiej górze - minus 24 stopnie C, na dole w Nowym Mieście Lubawskim - minus 21. Wystarczy....” Ale, jak powiadają, wszystko jeszcze przed nami – mroźnie ale słonecznie, albo błotniście, depresyjnie, blado i niechętnie…


Tekst i fot. Bogumił Drogorób

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe