Wieś już rozśpiewana. Kolejna, dwudziesta któraś biesiada na progu jesieni, ale jeszcze w lecie. W pierwszych rzędach wielkiej sali gimnastycznej, wielozadaniowej – do koszykówki, ręcznej, siatkówki, tenisa, hokeja halowego, duże dofinansowanie z Unii Europejskiej - dwóch posłów, radni z wójtem gminy, wicestarosta powiatu – kompletne zero z muzyki – goście z ościennych powiatów, autokary na podwórku szkolnym, grochówka i parówka w plenerze – bo jest ciepło – ławki, ławy piwne, parasole od słońca, w szkolnym korytarzu stoiska naprędce przygotowane z domowymi wyrobami, wypiekami. Stoisko medyczne. Już są chętni do mierzenia ciśnienia. - Sto pięćdziesiąt na osiemdziesiąt, puls pięćdziesiąt dziewięć – informuje pielęgniarka, a pacjent ubiera koszulę, zakłada serdak ze srebrnymi guzikami, ubiera się w bęben i dziękuje za badanie. - Ile ma pan lat? - pielęgniarka jeszcze trzyma gościa przy stoisku. - Osiemdziesiąt i jeden – bębniarz w kapeluszu czarnym ale ze złotą wstążką podrzuca dane z dowodu osobistego. - Wzorowy wynik! Szkolny! - pielęgniarka uśmiecha się. - Kto następny? A, to pani! Proszę lewą rękę.
I tak dalej. Bębniarz przedstawia koledze wyniki badań i zachęca. - Idź, warto, będziemy mieli wszyscy dobre wyniki - komunikuje swoim z zespołu, ale nie wiadomo czy ma na myśli ciśnienie czy występy na scenie.
Wójt przemawia, wita, dziękuje, zaprasza i bije sobie brawo. Udany występ. Już chce opuścić scenę, ale wraca. - Przepraszam, nie przywitałem media. A więc witam media! Teraz już wszystko w porządku. Nieproszony odzywam się: wolne media! Otrzymuję brawa. Tylko wicestarosta nie klaszcze.
Na widowni wszystkie zespoły, stroje w kolorach regionalnych, panowie w czarnych kapeluszach z czerwoną wstążką. Modry, czerń, biel i czerwień komponują ludową odzież. Lista kolejności występów na kilku drzwiach klasowych, na parterze szkolnym. Koła Gospodyń Wiejskich, Kluby Seniora, Ochotnicza Straż Pożarna, Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Kultury Naszej Wsi – siedemnaście zespołów wokalnych, wokalno-instrumentalnych. Wśród instrumentów najwięcej organów samogrających pewnej firmy japońskiej, trzy saksofony, akordeonów pięć, bęben z koziej skóry, bęben ze sztucznej skóry, werbel i jedna para czyneli do maszerowania (niech zapisze talerze, bo ludzie nie znają się – informuje właściciel czyneli, który tym razem maszerować nie musi).
Lubię muzykę, muzyków i muzykantów, dlatego jestem życzliwym obserwatorem takich widowisk, lubię posłuchać jak pięknie grają i jak fałszują. Fałszować też trzeba umieć. Nie chodzi o to, że coś tam raz nie zagra – wtedy mówimy tylko o pomyłce, o błędzie. Prawdziwy fałszujący potrafi fałszować każdą, powtarzającą się frazę. Najlepiej wychodzi to w refrenie. Wtedy jest pewność, że fałsz jest prawdziwy, a nie na niby.
Coraz głośniej od sceny. Po dwa utwory w prezentacji. Oczekujący na swą kolej mówią, że to za mało, bo oni – następni w kolejce – mają trzy wspaniałe piosenki. I się jeszcze zastanawiają, czy wziąć ten, z solówką saksofonową, czy z dwiema solówkami. Ponieważ jest dwóch saksofonistów jeden będzie do tyłu. Gdy sobie tak gadają rozczarowani, nie ma co ukrywać, podchodzi znajomek z sąsiedniej gminy i podrzuca rozwiązanie: dajta nam tego drugiego, u nas pójdzie z dwiema solówkami. Drugi zgadza się, ale kierownik muzyczny pierwszego się nie zgadza. I tak ten z dwiema solówkami w programie koncertowym zostaje na lodzie.
Nieporozumień kilka, zamieszania też, interweniuje jeden z jurorów. Jest z dala od muzyki, zajmuje się agroturystyką, ale uważa się za dobrego rozjemcę. - Mam dystans – mówi przekonująco. - Także do muzyki, więc jestem bezstronny.
Kompromisu żadnego nie ma. Jest regulamin. Nie ma tak, że ktoś tylnymi drzwiami, że jakoś tak. W końcu artyści przyjmują fakty. Z niechęcią ale przyjmują.
Na scenie pojawia się zespół z pań założony pod kierownictwem akordeonisty pana Jurka. Pan Jurek daje sygnał, robi wejściówkę na harmonii i jazda. Ładnie im idzie, pan Jurek kontroluje bokiem zjawisko muzyczne zwane śpiewem, sam też się włącza, jak gdyby trzecim głosem. Ale wszystko płynnie, bezbłędnie. Ekipa z powiatu sąsiedniego trzyma fason. Wielkie owacje, tylko wicestarosta miejscowy nie klaszcze.
Obserwuję, słucham, notuję. Wpada mi w ucho i w oko akcja akordeonisty, pana Jurka. Muzycznie znakomicie zorganizowany, wokalnie – też, jak się wydaje. Dobrze sobie radzi z widownią, muzyczny dialog bezapelacyjny. W moim notatniku winduję ekipę z sąsiedniego powiatu na czołówkę konkursu, może nawet pierwsze miejsce. Po zejściu ze sceny biorę pana Jurka na bok, mam ochotę napisać o nim coś więcej niż tylko o muzyce. Zgadza się, tylko o czym, pyta. O wszystkim, wyjaśniam, o życiu. O jakim życiu, pan Jurek jest ciekawy. Kilka słów wyjaśnienia, pan Jurek jest niezdecydowany. Umawiamy się mimo wszystko się na jutro, na poniedziałek, niezależnie od wyników biesiady z końca lata, u progu jesieni.
Nadchodzi jutro. Ciepłe, słoneczne. Siedzi w parku na ławce, nad stawem. Rzuca kaczkom okruszyny chleba, podpływają łabędzie. Park, staw, ławeczki – jedyna atrakcja niewielkiej osady, która miasteczkiem nie jest, ale wyrasta ponad wieś. Za plecami zniszczony dworek ziemski, odebrany prawowitym właścicielom po to, żeby administracja pegeeru mogła się rozsiąść, a potem sierociniec, a po sierocińcu szkoła podstawowa, do której pan Jurek chodził i tam nauczył się grać na akordeonie. W rodzinie się nie przelewało, więc nauczyciel od śpiewu, ambitny, z wiedzą uniwersalną, odnalazł w chłopcu talent – nie do czytania, dodawania, mnożenia, pisania dyktand, ale do grania. W ten sposób akordeon, będący własnością szkoły, stał się instrumentem wypożyczonym młodemu człowiekowi na wieczność. Długa opowieść społecznego awansu. Dzięki temu, że grał.
- Grałem wszystko. Usłyszałem i grałem. Melodia nieznana i tylko chwila. I już ją ciągnę na harmonii. I tak to ciągnę, do dziś. Chciał mnie proboszcz na organy. Próbowałem, nie wyszło. A na weselach wyszło. Na biesiadach wyszło. Na festynach wyszło. I nadal wychodzi. Najlepiej jak ciągnę sam, dla śpiewaków. Raz to są panie, raz mieszanka, raz chórki dziecięce. Raz w remizie, raz w wiejskiej świetlicy. Wójt poprosi - gram, dyrektor szkoły – gram. Na pogrzebach też. Raz się popłakałem, nie mogłem grać. Harmonia się rozciągnęła, tak się wzruszyłem.
Opowieść ciągnie się przez lata, wieś, miasteczka, sceny opanowane. Temu pomóc, tamtemu, zagrać tu zagrać tam. Dyktafon wyłapuje wszystko.
- Nie powiem, jakoś mi idzie przez życie. Z muzyką. Ale...Mam też swoje marzenia...
- Jeśli to nie tajemnica proszę powiedzieć – dopinguję do szerszych wyznań.
- Mam takie marzenie, żeby – zastanawia się, czy nie idzie za daleko w tych wyznaniach - …żeby zagrać w cyrku. W takiej cyrkowej orkiestrze. Orkiestra w cyrku to coś bardzo ważnego.
- Jasne, marzeniami należy żyć, mogą się spełnić – z mojej strony duże poparcie, utwierdzenie, że w tym co robi jest jakiś sens, o pasji nie wspominając.
- Chciałbym też zagrać na promie! Statek płynie, płynie muzyka, to mi się składa.
Myślę, że mógłbym się stać pomocnym, czarodziejem marzeń muzyka, a może tylko muzykanta? Niczego nie ujawniam, niczego nie obiecuję, ale potrafię wyobrazić sobie akordeonistę pana Jurka, na pokładzie promu płynącego do – powiedzmy – Karlskrony. Telefonuję do Gdyni, do Staszka W., znamy się z liceum. Wyjechał do Sopotu, studiował handel zagraniczny i ekonomię. Wiem, że kiedyś pracował w PLO. Opowiadam o swoich reporterskich tematach, dziwnych zdarzeniach i wydarzeniach. Oczywiście muzycznych też. Powoli dochodzę do finału naszej rozmowy po latach. Mówię o muzycznych marzeniach pana Jurka, samorodnego talentu, muzycznego samouka. Prom, rejs w terminarzu rejsów, on płynie i gra. Jeżeli gra tam kilku weteranów niech zagra też akordeonista. Zawsze stał na scenie, teraz może zagra płynąc?
- Poważnie? - pyta Staszek, były pracownik PLO.
- Jak najbardziej!
Jesień przeszła, zima też, wiosną, na 23 kwietnia, w dniu św. Jerzego pan Jurek otrzymuje pismo od armatora, żeby stawić się w Nowym Porcie w Gdańsku, tam zaokrętować się na prom płynący do Helsinek. Szansa, żeby spełnić marzenia.
Pan Jurek długo obracał pismo w dłoniach, jakby chciał sprawdzić, czy nie zniknie, jeśli spojrzy na nie z innej strony. Papier był zwyczajny, urzędowy, a jednak pachniał przygodą. „Stawić się w Nowym Porcie w Gdańsku…” — przeczytał jeszcze raz na głos, jakby to miało nadać słowom większą realność.
Nie powiedział nikomu od razu. Poszedł najpierw do swojego pokoju, otworzył futerał i delikatnie, z pewnym namaszczeniem, wyjął akordeon. Przeciągnął dłonią po klawiaturze, jakby witał starego przyjaciela.
- No to płyniemy – mruknął.
Prom wydawał mu się ogromny. Nie jak scena. Scenę znał — miała swoje granice, światła, początek i koniec występu. A co tu? Woda, przestrzeń, monotonia jako wyraz tęsknoty.
Wyszedł na pokład. Otworzył futerał. Na początku grał cicho. Tak, żeby tylko sprawdzić, jak dźwięk niesie się nad wodą. Akordeon zabrzmiał inaczej niż zwykle - szerzej, głębiej, jakby miał więcej miejsca na opowieść. Ktoś się zatrzymał. Potem ktoś jeszcze. Nie było zapowiedzi, nie było reflektorów. Był tylko on, wiatr i muzyka. Zagrał coś starego, coś ze swojego podwórka. Potem coś zasłyszanego dawno temu.
Muzyka popłynęła. Najpierw ostrożnie, potem coraz pewniej. W którymś momencie przestał myśleć o tym, gdzie jest. Był tylko dźwięk i rytm. Kiedy skończył, przez chwilę panowała cisza, a potem ktoś klasnął. Potem drugi. I nagle pokład, morska cisza, wypełniły się oklaskami.
- Pan tu gra zawodowo? – zapytała kobieta w żółtym płaszczu, która stała najbliżej. Jak się potem okazało była to żona dyrektora cyrku.
Pan Jurek uśmiechnął się lekko.
- Dzisiaj… chyba tak.
W nocy znów wyszedł na pokład. Morze było ciemne, prawie czarne, ale gdzieś na horyzoncie widać było światła.
- Helsinki - powiedział ktoś stojący obok.
Pan Jurek skinął głową. Trzymał akordeon, ale tym razem nie grał. Pomyślał wtedy, że może nie chodziło o ten jeden rejs. Może nie o Helsinki, nie o scenę, nawet nie o ludzi. Może chodziło o to jedno „poważnie?” i odpowiedź „jak najbardziej”.
I o to, że czasem wystarczy jeden telefon, żeby czyjeś życie - choćby na chwilę - zaczęło płynąć innym kursem. Pan Jurek spojrzał jeszcze raz na światła przed sobą, poprawił pasek akordeonu i uśmiechnął się do siebie.
Bo wiedział już na pewno, że to nie był ostatni raz, kiedy grał w drodze.
Tekst i fot. Bogumił Drogorób

Napisz komentarz
Komentarze