Opowiem dziś historię kobiety doznającej przemocy domowej. Wspaniałej, młodej, pięknej, opiekującej się dziś samotnie trójką dzieci. Dwie dziewczynki i chłopiec – dla nich zrobi wszystko, aby wiedziały co znaczy miłość rodzinna. Niestety, ograniczona.
Historia Wiktorii Z., lat 33
jest przykładem tego, że przemoc domowa nie wybiera warstw społecznych, a wykształcenie i status zawodowy mogą stać się nie tarczą, lecz dodatkowym ciężarem. Wiktoria jest artystką – sztuki plastyczne, przede wszystkim rzeźba, to jej twórczy wybór i atut. Poza tym jest pedagogiem, uczy dzieci, jest też wykładowczynią w jednej z uczelni artystycznych. Dzieci i studenci – oni znajdują się na równi w przestrzeni artystycznej. Ona jest na końcu – wystawy w Anglii, Szwecji, Danii, w kraju, wprawdzie uczestnictwo w zbiorowych prezentacjach, pokazują jej możliwości.
- Zawodowo uczę innych jak rozwiązywać problemy, jak dbać o wartości i jak wspierać najmłodszych uczniów i dojrzałych, dorosłych ludzi, studentów. Jak to możliwe, że ja ucząc innych pozwalam sobie na takie piekło? - to pytanie wisi w powietrzu, towarzyszy jej od ponad dwóch lat, w tym właśnie czasie doznała od męża wszystkiego co najgorsze, nienawiść z jego strony eskalowała. Od słów do czynów.
Choć wiele osób z otoczenia wiedziało lub domyślało się co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, nikt nie zareagował. Sąsiedzi słyszeli i widzieli dużo, ale nie mieli odwagi, żeby zareagować. Czasami ktoś po prostu nie chce wchodzić z butami w czyjeś życie, w życie innych ludzi, a czasami po prostu nie wie jak zachować się w takiej sytuacji.
- Może dziś zrobiłbym inaczej – mówi Starszy sąsiad. - Może tak jest, że człowiek za dużo myśli tylko o sobie, a tuż obok dzieje się krzywda.
- Wolę być z daleka od takich sytuacji. Jeszcze można przy tym oberwać – tak sprawę widzi Młodszy sąsiad. - Nie wiesz co w człowieku siedzi, jak zareaguje. Powiesz słowo i dostaniesz w dziób.
Wiktoria żyła
z towarzyszącym jej codziennym lękiem przed wezwaniem pomocy. Szybko nauczyła się tragicznego mechanizmu przetrwania w swoim własnym domu. Gdy milczała agresja była mniejsza, gdy jednak próbowała walczyć o swoje zdanie, mąż stawał się jeszcze bardziej brutalniejszy. Ceną za „spokój” była jednak edukacja dzieci w duchu przyzwalania na przemoc, a była to lekcja, której jako matka nie mogła zaakceptować i dalej na nią zezwalać.
Przełom nastąpił
w apogeum, w momencie, gdy strach o życie przeważył nad wstydem powiedzenia o tym głośno. Zaczęła od wizyty u prawnika planując, jak to ujęła „zwykły rozwód bez orzekania o winie”. Dopiero gdy prawnik zobaczył nagrania, które ofiara potajemnie gromadziła, padły słowa, które otworzyły jej oczy. To nie jest mąż, to potwór, ocenił prawnik: tu nie ma miejsca na kompromisy, musimy działać i to jak najszybciej. Efektem tej decyzji było zgłoszenie przez Wiktorię sprawy na policję i rozpoczęcie procedury nadawania Niebieskiej Karty.
Droga formalna
okazała się niełatwą, pierwsze zderzenie z policją było dla Wiktorii traumatyczne i doprowadziło ją do płaczu. Policjantka, zamiast udzielić wsparcia uderzyła w nią protekcjonalnym tonem: pani o tym nie wiedziała? Kobiety z miasta o tym wiedzą! - usłyszała prosząc o wyjaśnienie procedur. Podczas przesłuchania inny funkcjonariusz dopytywał o powody kłótni. Wiktoria wyjaśniała, że powodem agresji był chociażby brak odpowiedniego jedzenia w lodówce. Na to usłyszała, że on o takich powodach przemocy nie słyszał, a najczęściej jest to zdrada, sugerując niejako, że Wiktoria, jako kobieta, zrobiła coś źle... Policjant śmiał się podczas opowieści o doznanej krzywdzie, jakby oglądał film, a nie słuchał relacji kobiety, dla której ów film to, niestety, rzeczywistość.
Mimo niechęci
do procedury Niebieskiej Karty, gdyż strach przed opinią sąsiadów jest wciąż jedną z najsilniejszych barier, Wiktoria za namową najbliższych oraz prawnika, zdecydowała się na walkę na wszystkich frontach: o eksmisję sprawcy, o prokuraturę, o rozwód. - Przygotowania do całej procedury przypominały w pewnym sensie ucieczkę z oblężonej twierdzy – opowiada Wiktoria. - Ukrywanie paszportów, gromadzenie dokumentów, lęk przed każdym ruchem. Nie wiedziałam co w każdym momencie może się zdarzyć, z której strony dostanę w twarz...
Mężowi Weroniki zostały postawione zarzuty o przemoc psychiczną i fizyczną wobec niej oraz psychiczną wobec dzieci. Dzieci bowiem realnie stają się ofiarami bezpośrednimi jak i pośrednimi, ponieważ były świadkami poniżania matki we wspólnym domu. Wiktoria z bólem opisuje rozdarcie emocjonalne swoich dzieci. Chłopiec od początku, po swojemu, rozumiał sytuację i krzywdę własnej matki, natomiast dziewczynki pytają: mamuś, czemu wyrzuciłaś tatę i powiedziałaś na niego złe rzeczy policji? Ciężko córkom zrozumieć, że przemoc nie jest zjawiskiem normalnym, gdyż były w jego otoczeniu wychowywane i jeszcze nie wiedzą, że tak być nie powinno. To jedna z najperfidniejszych form przemocy, gdyż sprawca niszczy wizerunek matki w oczach dzieci, stosując wobec niej przemoc, normalizując ją.
Systemowa pomoc
okazała się wielogłosem. Z jednej strony ofiara chwali wsparcie kuratorów i asystenta rodziny, którzy regularnie odwiedzali dom, dając poczucie bezpieczeństwa, z drugiej – krytykuje przewlekłość i konieczność ciągłego poczucia traumy. Jak czuje się młoda kobieta, która wielokrotnie musi opowiadać o swojej krzywdzie. - To nie było kilka, ale kilkanaście razy. Na terapii, u psychologa dziecięcego, na policji, w sądzie eksmisyjnym, rodzinnym, prokuratorskim, rozwodowym. Jak to dołuje człowieka... Nie życzę tego nikomu.
Jak sama zauważyła ta wielokrotność opowiadania jak było powodowała, że kolejne mówiła bez emocji, nie z braku bólu, ale z wycieńczenia. Prawnik, sekundujący jej mężowi jako pełnomocnik, wypomniał jej to na sali sądowej. Potrafił prosto w oczy jej powiedzieć, że mówi o tym wszystkim w taki sposób jakby te wydarzenia wcale jej nie bolały, że przechodzi obok nich obojętnie. Nawet posunął się do tego, że nie jest ona prawdziwą ofiarą domowej przemocy, ponieważ „ofiary nie nagrywają swoich oprawców”. Na to Wiktoria zwróciła uwagę, iż przez rok trwania postępowania, to ona była pod ciągłym nadzorem. Jej dom odwiedzał rodzinny asystent, odwiedzały regularnie panie kuratorki, a policjant przynajmniej raz w tygodniu. Czuła się ciągle sprawdzana, gdy w tym samym czasie do oprawcy nikt nie przyjeżdżał, nikt go nie sprawdzał. Dopiero po jakimś czasie na byłego męża Wiktorii został nałożony nadzór prokuratorski.
Wyrok o dożywotnią eksmisję
i zakaz zbliżania się do domu stał się dla poszkodowanej fundamentem jej nowego życia. Nie wiedziała nawet, że mężczyzna może zostać usunięty z domu w kilka godzin. Równolegle toczyło się kilka spraw, m.in. rozwodowa, o podział majątku, eksmisyjna. Każda z nich oznacza wielu nakładów finansowych i ogromnej siły psychicznej.
Ważnym wątkiem w procesie
zbierania dowodów były obdukcje. Każda była udokumentowana medycznym opisem. Uderzenia, siniaki, szarpania późną nocą... Procedura była szybka, nie powodowała uruchamiania pełnej skali emocji. Wszystkie dokumenty wraz z nagraniami stały się dowodami, których sprawca nie był w stanie podważyć. Był pewien, nie wierzył, że Wiktoria odważy się przedstawić je sądowi.
Dziś, ponad rok po zgłoszeniu sprawy, Wiktoria odzyskuje zdrowie psychiczne, które zostało naruszone w trakcie wszystkich, dramatycznych przejść. Sprawca ma nadzór prokuratorski i ograniczenie kontaktu z dziećmi.
Została sama,
z domem i wszystkimi obowiązkami, co czasem wydaje się być przytłaczające. Odzyskała spokój.
- Jednak widać, że wolność, którą odczuwam jest warta więcej. Czasami siadam na podłodze i płaczę. To płacz z powodu ciężaru jaki muszę dźwigać sama, ale też żal nad tym, że oprawca zniszczył takie fajne życie i rodzinę. Mimo lęku, poczucia osamotnienia i wcześniejszych upokorzeń, także ze strony organów ścigania, nie żałuje swojej decyzji.
Historia Wiktorii pokazuje jednocześnie, że system przeciwdziałania przemocy w Polsce ma narzędzia skuteczne, zdecydowane, jednak czasami kuleje na poziomie empatii.
Bogumił Drogorób
Fot. Pexels
Na podstawie publikacji Luizy Zofii Cichosz
Dane osobowe bohaterki reportażu zostały zmienione

Napisz komentarz
Komentarze