Monte Cassino, czyli kiedy historię od nowa zaczyna pisać... no właśnie kto? Ignorant, nieuk, pseudopatriota? Czy może wszystko w jednym?Ale o co chodzi? Podczas obchodów święta Wojska Polskiego Karol Nawrocki chwalił obrońców Monte Cassino. Problem w tym, że to Niemcy bronili wzgórza, a Polacy mieli ich stamtąd przegonić.
Monte Cassino, miejsce szczególne dla Polaków. Miejsce, w którym nasza historia nie wymaga żadnego dopisywania dramaturgii. Nie trzeba jej poprawiać, pudrować ani wzmacniać patriotycznym krzykiem. Wystarczy znać prawdę. A prawda jest oczywista. Jednak nie dla wszystkich. Byli Niemcy. Byli alianci. Byli Polacy z 2. Korpusu generała Andersa. Niemcy bronili. Polacy atakowali. I Polacy zdobyli wzgórze. Czy naprawdę to trudne do zapamiętania? Jak widać trudne.
Historyk kontra historia
Są takie chwile w życiu narodu, kiedy człowiek chciałby powiedzieć: „Nic się nie stało, Polacy”, to tylko przejęzyczenie. Po zastanowieniu dochodzi do wniosku, że jednak się stało. Bo jeśli przejęzycza się ktoś, kto przez lata zajmował się pamięcią narodową, był m.in. dyrektorem Muzeum II Wojny Światowej i prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, to usprawiedliwienia nie ma. I tu pojawia się pytanie, które brzmi trochę jak żart, ale wcale zabawne nie jest: Czy historyk może mylić historyczne fakty? Odpowiedź brzmi: pewnie może, bo historyk jest człowiekiem, a człowiek może się pomylić. Ale jest jedno ale, historyk może pomylić datę. Ba, może przekrącić nazwisko. Może nawet pomylić generała z pułkownikiem. Może też pomylić miejscowości. I na tym koniec możliwych pomyłek. Bo jakby na to nie patrzeć jest zasadnicza różnica między pomyleniem daty, a pomyleniem stron biorących udział w wojnie. Tym bardziej, że na Monte Cassino sprawa była bardzo prosta. Jedni mieli bunkry. Drudzy mieli je zdobywać. I na pewno nie trzeba do tego doktoratu żeby wiedzieć po której stronie byli nasi i komu Karol Nawrocki miał podziękować. Ale komu podziękował - to już inna sprawa.
Tu zaczyna się fatalna część tej historii
Bo przecież nie mówimy o przypadkowym polityku, który zajrzał do podręcznika historii pięć minut przed wystąpieniem. Nie mówimy też o marszałek Sejmu, tej od reasumpcji, wielkiej parlamentarnej pomyłce, która o Katyniu uczyła się z przedwojennych książek. Nie zajmujemy się też posłem PiS-u, Markiem Suskim i jego dramatyczną wpadką z carycą Katarzyną. Mówimy o człowieku, który kierował Instytutem Pamięci Narodowej. A IPN dokładnie opisuje tę jedną z najbardziej zaciętych i krwawych, w czasie II wojny światowej, bitew. Tu wszystko jest jasne: niemieckie pozycje stanowiły system obronny, oni prowadzili ostrzał z bunkrów i stanowisk artyleryjskich, a 2. Korpus Polski przełamywał kolejne pozycje. To Polacy wdarli się do ruin klasztoru i tam zawiesili polską flagę. Jak nie z lekcji historii w podstawówce, to doktor Nawrocki fakty z walk o to włoskie wzgórze powinien znać choćby z pracy na etacie w IPN-ie, gdzie nawet nocami mógł się douczać, bo jak powszechnie wiadomo sporo czasu mieszkał w ipeenowskich pokojach gościnnych, zresztą za friko.
Korektor potrzebny od zaraz
Jeśli prezydent przemawia w dniu Wojska Polskiego i zmyśla, że hasło Bóg, Honor, Ojczyzna na sztandarach WP jest od tysiącleci, a po chwili pojawia się kardynalny błąd, dotyczący tego, kto pod Monte Cassino był agresorem, a kto obrońcą, to sprawa przestaje być wyłącznie radosną wpadką. Bo prezydent reprezentuje państwo. A państwo ma obowiązek dbać o swoją pamięć, gdyż wymaga tego prawdziwy patriotyzm. A my nie lubimy, jak ktoś nam tę pamięć zaburza. Vide Wołyń. Dlatego ta cała historia ma pewien ponury paradoks. Nawrocki przez lata budował swoją polityczną markę właśnie na historii. A IPN pod jego kierownictwem rozwijał projekt „Szlaki Nadziei. Odyseja Wolności”, którego celem było przypominanie światu o wysiłku polskich żołnierzy podczas II Wojny Światowej. Jeżeli ktoś buduje swój autorytet na historii, tym większa jest jego odpowiedzialność za każde historyczne słowo. Nie można być jednocześnie strażnikiem pamięci i człowiekiem, który potrzebuje suflera, czy nawet korektora do pamięci.
Patriotyzm domaga się skromności
Nie trzeba przy byle okazji wrzeszczeć Bóg, Honor, Ojczyzna. Tak jak nie można, nawet pełniąc funkcję prezydenta, nikomuodbierać prawa do kochania Ojczyzny i służenia jej. Prawdziwy patriotyzm nie polega na tym, aby na wiecach głośno krzyczeć: po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy i podkreślać jakim to się jest patriotą i Polakiem, nie polega też na zawłaszczeniu, przez kogokolwiek narodowych symboli.
Piękne oraz szczytne hasła, gdy są nadużywane, tracą na wartości, zwłaszcza jeśli nie idą za tym czyny.

Napisz komentarz
Komentarze