Przyjechali na wakacje w trzeciej dekadzie września. Po raz pierwszy w Chorwacji. Uznali, że to dobry termin, bo turyści letni znikną w dużej części. W samochód i nad Adriatyk. Podziwiać, niewykluczone wykąpać się, w cieplejszym morzu niż Bałtyk.
Wybrali sobie wyspę Murter
i miasteczko o tej samej nazwie. Murter to także Tisno, Jezera i Betina. Ale skoro na Murter to do Murteru. Tak zdecydowali. A w zasadzie ona zdecydowała, Jana. On, Franciszek zwany Świętym, nie miał nic do gadania. Choć swoje wiedział nie chciał stawać w poprzek tego projektu. W ten sposób ma święty spokój.
- Zobacz Jana, jaka to wyspa... Z lądu stałego przez most, a w zasadzie mosteczek. Krok i już na wyspie.
- Tisno, a może Ciasno? – zauważyła. - A po drugiej stronie też Tisno. U nas, jak rzeka przedziela, to jest dajmy na to Golub po jednej stronie i Dobrzyń po drugiej. A tu mają po obu stronach Tisno. Co to za zwyczaje?
- Pewno Chorwaci tak mają. Nie znam ich historii – Franciszek zwany Świętym, koncentrował się na jeździe, tym bardziej, że sporo zakrętów, choć droga ładna. - Widzisz Jana ten znak? Ten na żółtej tablicy! Kamienie spadające.
- Musisz uważać, bo jak coś spadnie, to koniec podróży. I to już prawie gdy jesteśmy na miejscu – skuliła się, składając ręce jak do modlitwy.
- The Rolling Stones! - wymyślił pilnujący trasy Franciszek Święty.
- Ty lepiej pilnuj drogi – zachciało ci się muzyki.
- Nie w tym sensie, kobieto. Mówię rolling stones, bo to się tłumaczy na toczące się kamienie.
- No patrz, ile to już lat...
- Mick Jagger – przypomniał sobie kierowca. - Pięćdziesiąt lat temu był taki sam chudy jak teraz. Podziwiam gościa. Osiemdziesiąt dwa lata i nie ma brzucha. I jeszcze łazi po scenie jak osiemnastoletni gówniarz. I na dodatek śpiewa!!!
- Wcale się nie dziwię, u ciebie piłka zamiast brzucha.
- Spójrz lepiej na siebie. Najlepiej wyglądasz w stroju kąpielowym. Dwuczęściowym – dodał. - W Jastarni ludzie się oglądali za tobą... Sześćdziesiąt plus i dwuczęściowy... No nie. Jeszcze mi powiedz, że go zabrałaś na Adriatyk.
- Patrz przed siebie i jedź. I się orientuj. Bo znów widzę, że rolling stones – podchwyciła, bardzo jej się spodobało to określenie.
Dojeżdżali
GPS dokładnie pokazał, gdzie jest ich adres – stary dom, kamienne ściany. Trzystuletnia uliczka, główny szlak starego miasteczka. Siedliska, głównie rybackie, po lewej i prawej stronie, przyklejone do ulicy o nazwie Srimačka Viknica. Dwa pokoje na parterze, z kuchnią, zajmowane przez właścicieli i dwa na pięterku, z tarasem i kuchnią. Te dla nich. Właściciel, w podobnym wieku jak oni, Ante Kićina, wyszedł naprzeciw. Z autem Franciszek Święty musiał podjechać z górki, na szczęście, na parking przy ul. Kornatskiej. Powrót pod górę, na nogach.
Gdy wrócił Jana już siedziała na tarasie w wiklinowym fotelu i piła kawę. Widząc zmęczonego turystę z Polski Ante Kicina, zapytał po angielsku: cofee or tea, or other (kawa, herbata, czy coś innego). Franciszek wybrał coś innego i nie pomylił się, coś innego to rakija. Karafka stanęła na stole, a szanowna małżonka Ante – Ivana – doszła do towarzystwa z koszyczkiem fig. I w tak przyjemnych okolicznościach poznali się.
Z tarasu wydać było morze, to najważniejsze, a w zasadzie zatokę, z tyłu, po prawej stronie, na skalnym wzniesieniu kościół katolicki– crkva sv. Roka – (św. Rocha), w dole, z lewej strony majaczyła wieża świątyni sv. Mihoila (św. Michała). Zachwycali się widokiem adriatyckiego wybrzeża. Naczytali się sporo, o ostatniej wojnie w szczególności, o niepodległej Chorwacji, o turystycznym trakcie. O Dubrowniku słyszeli, o Zadarze już nie, o Splicie owszem, ale już o Šibeniku ani słowa.
- Będziemy podróżować – zachwyciła się Jana.
- To zależy – skwitował Franciszek, nie mówiąc od czego zależy i dlaczego. - Jest pogoda, po co się włóczyć po świecie...
- Po co? Żeby poznać świat! - podsumowała ładnie Jana.
- Jak tam chcesz... Od czegoś trzeba zacząć. A teraz podziękuj grzecznie panu Ante za powitanie, idziemy się przejść. Nad morze i z powrotem. Coś zjemy po drodze, pora w końcu obiadowa.
- Jak tam chcesz...Możemy iść – Franciszek podniósł się, spoglądając z żalem na karafkę z rakiją o smaku fig.
Wolnym, spacerowym
krokiem. Spoglądając tu i tam na świat znany z widokówek i folderów, na uliczki szerokie na rozstawienie rąk, na okna zasłonięte żaluzjami, drewnianymi okiennicami ochraniające przed słońcem, deszczem, wiatrem, na kwiaty zwisające przy schodach, na kobiety w czarnych sukniach, bluzkach, spódnicach siedzące na przyzbach, na poletka oliwnych gaików, winorośl, aż proszącą się, żeby zerwać.
- Nawet nie próbuj – odgadła myśl Jana, gdy Franciszek zatrzymał się, pozorując podziw.
Srimačką Viknicą do końca i w lewo, na główny trakt Podvrataje. Wówczas
Jana zauważyła kościół
- Pójdźmy tam, Franiu, jest sobota, zobaczymy o której są niedzielne nabożeństwa. Musimy po Bożemu te nasze wakacje zacząć.
Święty Franciszek tylko skinął głową. Poczytał trochę w gablocie, przed kościołem o średniowiecznej świątyni, najważniejszym zabytku sakralnym na wyspie Murter. Chcieli zajrzeć do środka, ale nie wypadało, dobiegała końca ceremonia ślubna.
- Zaczekaj, gdzie się spieszysz – Jana powstrzymała swojego ślubnego, który rwał się nad morze. - Zobaczymy jak to wygląda u nich.
- Nie wiesz jak może wyglądać? To ja ci powiem. U nich jest wszystko po chorwacku... - przerwał spotykając groźny wzrok szanownej małżonki. - A zresztą, jak tam chcesz... - oddał całkowicie niezwykle twórczą, jak się później okazało, inicjatywę w jej ręce.
Tradycja
Jana oceniła pannę młodą, suknię, welon, bukiet kwiatów o urodzie nie wspominając. Pan młody wypadł u niej blado. No bo kto w siwym, stalowym garniturze idzie do ślubu. Żółty krawat zamiast muszki. Kto to widział? Gdy turystka z Polski w wieku 60 + oceniała młodą parę zaczął formować się orszak weselny. Skoro tak, pomyślała, będą pewnie szli aż do domu weselnego, pewnie jest gdzieś w pobliżu.
W orszaku weselnym pierwszą postacią jest kilkunastoletni chłopiec z chorwacką flagą. Narodowa flaga podkreśla niepodległość Hrvatskiej, i stało się tradycją, że musi być wszędzie. I jest!
Za chłopcem z flagą narodową młoda para, uśmiechnięta. Za młodą parą rodzice z obojga stron i – prawdopodobnie – rodzice chrzestni. Dalej bracia i siostry, albo siostra i brat. Za nimi orkiestra, a raczej grupa grająca. Po chorwacku klapa. Znane są w Dalmacji klapy „Maslina”, „Kalafati”, „Murter”, klapa „Šibenik”, inne. Klapa w tym ślubnym orszaku raczej mniej znana. Klapa to mandolinista, gitarzysta, drugi mandolinista, pieśniarz, bębniarz w orszaku, w domu weselnym perkusista. Za muzykami cała rodzina dalsza, znajomi, zaproszeni goście, osoby towarzyszące. Ważna jest kolejność, ważny jest szyk.
Idą wolno, muzyka gra. I nagle, chłopiec z narodową flagą Chorwacji zatrzymuje się. Po prawej stronie ulicy stolik nakryty białym obrusem. Na stoliku butelki z napojami, karafka i kilka kieliszków. Gospodarz, a w zasadzie gospodyni tego stolikowego terenu, zaprasza młodą parę. Jest toast: na nową drogę życia. Po młodej parze do stolika podchodzą rodzice, chrzestni, bracia i siostry, oczywiście muzycy, dalecy krewni, znajomi i nieznajomi. W kategorii nieznajomych startuje Święty Franciszek. Rakija wieńczy dzieło.
Muzyka gra. Orszak idzie. Teraz stolik z białym obrusem znajduje się po lewej stronie ulicy. Następuje powtórka. Także z udziałem Franciszka. Jana nie wierzy, ale skoro taka tradycja...
Orszak idzie dalej. Trasa jest slalomowa: prawo,lewo. Przy szóstym stoliku prowadzenie obejmuje klapa o nieznanej nazwie. Muzycy biorą na siebie przodownictwo i przewodnictwo. Para młoda już z tyłu, pana młodego podtrzymują świadkowie. Święty Franciszek utrzymuje się w środku peletonu, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że trzyma się czołówki.
Przy dziesiątym stoliku, pachnącym rakiją z winogron, jako pierwsza zameldowała się Jana. Turystka z Polski nie miała życzenia wznosić toastu. Czekała na swojego zawodnika, który został przyjęty do kadry nieznajomych, ale już znajomych. Święty Franciszek poradził jeszcze ręką ruszyć i wznieść dziesiąty toast, gdy szanowna małżonka dość agresywnie wycofała go z weselnego orszaku. Jak się później okazało, na długo przed metą.
- Przecież sama mówiłaś, żeby zacząć wakacje po Bożemu...
- Dość tego, idziemy nad morze – zadecydowała. - Czy ci nie wstyd?
- Jaki wstyd? Zostałem zaproszony, poczęstowany, nic złego nie robiłem. Muzykantów nawet poznałem. Tak z bliska. Podziwiam ich. Gorąco a oni cały czas w koszuli na długi rękaw. Do tego ten złoty pas, ubrani jak jacyś Sarmaci
- Pijani Sarmaci – Jana od Franciszka postarała się o puentę.
Morze
od strony murterskiej Nautiki, przystani jachtowych, plaży Luke, zwanej miejską, wybetonowanej, pasy drobnych kamieni przedzielają płyty betonowe. Patelnia. Całe szczęście, że drzewa z tyłu, pod nimi ławki, co dziesięć metrów prysznice, po lewej stronie „Rent a boat”, wypożyczalnia łodzi.
- Nic tu po nas. Na betonie nie będę leżała...
- To oczywiste, bo w dwuczęściowych kostiumach nie wpuszczają. Chyba, że na golasa! Się pokażesz z dobrej strony – dokończył myśl Franciszek Święty, turysta z Polski, pierwszego dnia pobytu nad Adriatykiem.
Ale to nie koniec
Coś przekąsili w najbliższej pizzerii, Franiu wybrał cievapcici, bałkańskie mielone mięsne, z tradycją i smakiem. Jana typową pizzę włoską, zrobioną przez Albańczyka.
I już po wszystkim, po wędrówce, po morskim powietrzu, po weselnym, tradycyjnym orszaku. Pora wrócić na szlak, na Hrvatskih Vladara i wolnym krokiem wspinać się na kwaterę do Ante Kićiny i gospodyni Ivany.
Ale, ale... Rondo z masztem i flagą narodową Chorwacji tuż. Zbliża się... orszak weselny. Święty Franciszek przeciera oczy. No nie, ci sami ludzie. Co więcej, znajomi!
- A spróbuj mi tylko dołączyć do nich!
Bogumił Drogorób
Fot. Milan Stanojević

Napisz komentarz
Komentarze