Byłam po maturze, gdy pewnego letniego dnia w skrzynce pocztowej znalazłam awizo. Pobiegłam na pocztę z nadzieją, że to pismo z uczelni. Jak się okazało później to był list, który zmienił w moim życiu wszystko. Koperta pełna stempli była z kanadyjskiej kancelarii prawnej. Myślałam, że to jakaś pomyłka. Ale adres odbiorcy i nazwisko się zgadzały.
Przez lata żyłam w przekonaniu, że jestem sierotą. Wychowywali mnie dziadkowie, którzy cały czas mówili mi, że rodzice zginęli w tragicznym wypadku. Babcia i dziadek starali się, abym nie odczuwała braku rodziców. Często opowiadali mi o rodzinnych tradycjach i o świętach w gronie najbliższych. Mimo ciepła i troski jaką mnie otaczali już w dzieciństwie nachodziła mnie dziwna tęsknota, jakiej wtedy, ani później, gdy podrosłam, nie umiałam nazwać. Dni mijały bez większych uniesień. Szkoła, zabawy z koleżankami. Dorastanie. Niby niczego mi nie brakowało. Kochałam dziadków i czułam się przez nich kochana. Ale mimo wszystko często zastanawiałam się nad swoim życiem… Nie było mi źle. Żyłam w domu, jakiego zazdrościły mi koleżanki. Dziadkowie zawsze czuli i serdeczni, a w domu pachniało ciastem i zapachem, ukochanej przez babcię tzw. anginkę. Oboje dziadkowie pilnowali posiłków, żeby były zjedzone, odrabiania lekcji i żebym zawsze była ubrana stosownie do pogody. Mimo wszystko bywały dni, że nachodziła mnie myśl o rodzicach. Zastanawiałam się jakie byłoby moje życie, gdyby oni żyli. Kiedyś nawet spytałam babcię; czy oni naprawdę nie żyją? - Tak, nie żyją. Ale bardzo cię kochali – mówiła babcia, tuląc mnie do piersi.
Te słowa miały mnie uspokoić
Tak się stało, ale na krótko. Często myślałam jakby to było mieć rodziców. Móc pojechać na wycieczkę w góry, popływać kajakiem po jeziorze, albo z tatą pograć w kometkę. Z dziadkami to nie było możliwe, bo mimo, że nie byli jeszcze starzy, to mieli już swoje choroby, które ograniczały ich aktywności. Nie miałam im tego za złe, ale zawsze, gdy moje koleżanki wyjeżdżały z rodzicami gdzieś w plener, czułam, że coś mi umyka. Bywało, że zabierali mnie ze sobą, ale to nie to samo. Po takich smutnych dniach, czasem śniły mi się postaci, których nie potrafiłem zidentyfikować. Dziadkowie bardzo chcieli wypełnić te luki, opowiadając mi historie o dalszej rodzinie, które miały pokazać, że nie jestem sama. Mimo to czułam, że mój świat nie jest kompletny.
Pewnego dnia po maturze
gdy oczekiwałam na pismo z uczelni, w skrzynce pocztowej znalazłam awizo. Dostałam list, który całkowicie odmienił moje życie. Wynikało z niego, że otrzymałam majątek zapisany mi przez moich rodziców, mieszkających w Kanadzie. Ale jak to możliwe - zastanawiałam się? Przecież całe życie wierzyłam, że nie żyją, a teraz okazuje się, że jest całkiem inaczej. Nie wiedziałam wściekać się, czy cieszyć? W głowie kłębiły się tysiące myśli. Gdzie byli przez całe moje dzieciństwo? Dlaczego mnie zostawili? Dlaczego mnie okłamywano? Miałam głowę pełną dziwnych uczuć i pytań o rodziców, co się z nimi przez te wszystkie lata działo i o dziadków, którzy podobno wychowywali mnie według zasad i wartości?
Muszę poznać prawdę
Wiedziałam, że dla dziadków, to będzie trudny temat, bo z jakiegoś powodu okłamywali mnie. Dlatego jeśli chcę się czegoś dowiedzieć, muszę działać sama. Pomocny okazał się Internet i wszystkie publikatory. Kontakt z kancelarią w Kanadzie, mimo, że znałam dobrze język angielski, nie był prosty. Obcy akcent, prawnicze zwroty i moje zdenerwowanie nie pomagały. W końcu udało mi się dokładnie opisać, kim jestem i o co mi chodzi. Wówczas słuchawkę przekazano innej osobie. Zrobiło się łatwiej. Lepiej się rozumieliśmy. Zresztą po kolejnych rozmowach, gdy się nieco osłuchałam, też więcej do mnie docierało. Z kancelarii otrzymałam zapewnienia, że wszystko da się załatwić, ale procedury mogą potrwać nawet kilka miesięcy i że potrzebują dokumentów, które potwierdzą moją tożsamość oraz stopień pokrewieństwa. - Jak mam je zdobyć, skoro całe życie wierzyłem, że rodzice nie żyją- myślałam ? Ale skoro chcę doprowadzić sprawę do końca, to nie było wyjścia, musiałam porozmawiać z dziadkami. Zaczęłam działać od razu. Od pierwszej rozmowy czułam, że wiedzieli więcej niż mi mówią. Nie rozumiałam dlaczego nie chcą powiedzieć mi całej prawdy. Przez kolejne dni zbierałam wszelkie możliwe do uzyskania tzw. papiery. Odnalezione dokumenty i zdjęcie były jak brakujące puzzle, a osoby i miejsca z opowieści dziadków wreszcie stawały się realne. Kolejne rozmowy z kancelarią w Kanadzie przybliżały mnie do spotkania z przeszłością, ale i wytyczały nową drogę w przyszłość. Droga była kręta i trudna, ale musiałam rozwikłać te problemy i dowiedzieć się, dlaczego całe życie mnie oszukiwano i kim są moi rodzice?
Adwokat z Kanady
Do tej pory najczęściej rozmawiałam z pracownicą kanadyjskiej kancelarii. Po raz pierwszy skontaktował się ze mną adwokat, jej szef. Jego głos był spokojny i zdecydowany. Brzmiał wiarygodnie. Wyjaśnił mi, że moi rodzice żyją i że dokument jest prawdziwy. Majątek, jaki mi zapisali, nawet na kanadyjskie warunki był spory. Obejmuje duże mieszkanie w Toronto, sporą działkę z domem nad jeziorem Ontario i pewną kwotę na koncie bankowym. -Trudno mi w to uwierzyć - mówiłam ze ściśniętym gardłem.- Całe życie wiedziałam, że jestem sierotą. - Rozumiem- odparł adwokat. Nie jest pani pierwszą osobą, która dopiero w dorosłym życiu dowiaduje się prawdy. Ważne, aby teraz wiedzieć, jak dalej postępować. Co chcę z pozyskaną wiedzą zrobić? - Potrzebuję trochę czasu- powiedziałam. – Oczywiście, proszę ochłonąć i do usłyszenia, mam nadzieję, wkrótce. Ponieważ nie warto tej rozmowy zbytnio odwlekać - dodał pan mecenas.- Postaram się zebrać myśli jak najszybciej i odezwę się niezwłocznie -odrzekłam nieśmiało.
Kolejna rozmowa
była już bardziej konkretna. Poznawałam szczegóły życia moich rodziców. Byli lekarzami. Dużo pracowali i prowadzili spokojne życie. Ze względu na skomplikowane przepisy paszportowe nie mogli przyjechać w odwiedziny do kraju. Wrócić do Polski też nie bardzo mogli, gdyż nie wiadomo było, co z ich dyplomami. Czy zostaną uznane? W trakcie wideo rozmowy, w pewnym momencie na ekranie pojawiła się fotografia, na której moi rodzice z niemowlęciem na ręku, siedzieli smutni przy udekorowanej choince. - Chcę ich poznać – powiedziałam po chwili, wstrzymując łzy. Chcę wiedzieć dlaczego skazali mnie na sieroce życie? Adwokat poprosił, abym była spokojna, bo sprawy idą w dobrym kierunku. W dalszej rozmowie wyjaśnił, że przed ewentualnym spotkaniem potrzebna jest zgoda rodziców i jeszcze kilka dokumentów. Zaczęła się gonitwa myśli i pytań. Czy przyjmą mnie z serdecznością, czy mają inne dzieci? Z jednej strony bałam się konfrontacji z przeszłością, a z drugiej strony nie mogłam się jej doczekać. N takich rozterkach upływały kolejne tygodnie…
Wreszcie stanęłam na płycie lotniska w Toronto
Serce waliło mi jak młot. Bałam się, że bicie mojego serca słyszą inni pasażerowie. Wiedziałem, że czekają na mnie ludzie, których całe życie uważałam za zmarłych. Nie byłam pewna, jak zareagują na mój widok: czy przyjmą mnie z miłością, czy z dystansem? Zobaczyłam ich stojących w tumie innych witających. - Dzień dobry – wyszeptałam podchodząc do dwóch osób, trzymających w ręku szary kartonik z moim imieniem i nazwiskiem. - To naprawdę ty? – zapytała cicho mama. –Tak- powiedziałam, ledwo powstrzymując łzy. - To ja. Oboje rzucili się na mnie mocno tuląc i chowając załzawione oczy. - Gdy wreszcie oderwaliśmy się od siebie - Chcemy, żebyś wiedziała, że nigdy nie przestaliśmy o tobie myśleć - powiedziała drżącym głosem mama…A ja czułam mieszaninę żalu i ulgi. Żalu za lata kłamstw, ulgi, że wreszcie mogłam ich spotkać. W ich przestronnym domu, położonym w eleganckiej dzielnicy Toronto, wszystko było dla mnie obce. Byłam ich dzieckiem, które dorastało z dala od nich, ale wreszcie teraz miałam szansę nadrobić stracony dla mnie czas..
Nowy rozdział mojego życia
Prosto z Kanady, gdzie nie udało mi się nawiązać jakichś bardzo serdecznych relacji z rodzicami, wróciłam do domu dziadków. Targały mną emocje, których dość długo nie potrafiłam nazwać. Jednak coraz częściej czułam radość, że wreszcie mogłam usłyszeć prawdę. Postanowiłam utrzymywać kontakt z rodzicami i stopniowo poznawać ich życie. Sporo rozmawialiśmy przez komunikatory, a każda rozmowa była małym krokiem do zrozumienia, a z czasem do konfrontacji z emocjami, które długo w sobie tłumiłam. Wybaczyłam też dziadkom. Mimo wszystko to oni dali mi silne fundamenty, które dzisiaj pozwalają mi stawić czoła nowym wyzwaniom. Przeszłość przestawała mi ciążyć, ustępując miejsca nowej perspektywie.
Sam spadek stał się łącznikiem między mną a rodzicami. Wartością dodaną jest to, że zrozumiałam, iż życie nie polega na rozpamiętywaniu, co straciliśmy, ale na wybaczaniu i odkrywaniu nowych więzi.
Notowała Wiesława Kusztal

Napisz komentarz
Komentarze