W polskiej polityce niewiele jest postaci równie charakterystycznych jak JaRuś. Od dawna pozostaje jednym z najważniejszych graczy na scenie politycznej, budząc ślepe uwielbienie zwolenników i ostrą krytykę przeciwników. Jednym z przywoływanych elementów jego biografii jest fakt, że nigdy nie założył rodziny – nie ma żony ani dzieci, a najbliższym domowym towarzyszem jest kot.
Jego elektorat
mówi, że to bez znaczenia, bo przecież państwem nie rządzi się na podstawie stanu cywilnego. Poniekąd racja, ale co dziwne ci sami ludzie uważają, że krajem nie może rządzić „ryży”. To ciekawe, stan cywilny nie ma znaczenia, ale kolor włosów już tak. Krytycy prezesa zwracają uwagę, że człowiek, który nie doświadcza codziennych trosk związanych z życiem rodzinnym, wychowaniem dzieci, edukacją czy domowym budżetem, od lat chce decydować o sprawach dotyczących milionów polskich kobiet i rodzin. W tym przypadku wciąż zasadne jest pytanie: na ile osobiste doświadczenia, lub ich brak, wpływają na rozumienie potrzeb społeczeństwa? Wiadomo, że prezes prezentuje model polityki silnie oparty na wartościach chrześcijańskich, konserwatywnych i tradycyjnym pojmowaniu rodziny. I tu jest zgrzyt. Sam nie żyje według wzorca promowanego przez siebie i własne środowisko, a występuje w roli jego najgorliwszego obrońcy.
A kot?
Kot pozostaje kotem. Nie głosuje, nie przemawia i nie tworzy ustaw. Jednak jego obecność w publicznym wizerunku prezesa PiS przypomina, że coś jest nie tak. Większość polityków wraca do zwyczajnego domu. JaRuś niestety nie wraca na łono rodziny, bo jej nie ma. Ale to pikuś, naprawdę ważna jest jego wiarygodność. Skoro robi co innego niż głosi, to może nie zasługuje na zaufanie, a raczej na konfrontację tego co mówi z tym co robi.
Decyduje, a nie odpowiada
Analitycy zwracają uwagę, że choć prezes przez wiele lat pełnił rolę lidera politycznego, rzadko zajmował najwyższe stanowiska państwowe i nie przyjmował oficjalnej odpowiedzialności za decyzje. To jego ministrowie i urzędnicy państwowi podpisywali akta urzędowe. Ten model władzy dawał mu znaczący wpływ na państwo przy niewielkiej formalnej odpowiedzialności. Czy jest to działanie wynikające ze strachu czy kalkulacji politycznej pozostaje przedmiotem dywagacji. Jedno jest pewne taki styl rządzenia pozwala mu zachować polityczną kontrolę przy jak najmniejszym ryzyku osobistym. Cwane posunięcie, nie ma co.
Łamie prawo nie tylko świeckie
Rozjeżdżają się deklarowane wartości z jego zachowaniem. Mówi, że jest katolikiem, a czy postępuje jak katolik? Co robi ze smoleńską żałobą? Miesięcznice i jego sposób rządzenia krytykują również co bardziej światli i odważni księża. M.in. śp. biskup Pieronek, który swego czasu o Kaczyńskim mówił, że „zachowuje się jak nieopanowany człowiek po narkotykach”. Ostro, ale w punkt. Język Kaczyńskiego i sposób prowadzenia sporów politycznych, wiele grup społecznych ocenia jako konfrontacyjne, dzielące naród i trudne do pogodzenia z chrześcijańską ideą miłości bliźniego, przebaczenia, szacunku dla obcych, pomocy potrzebującym, unikania pogardy i nienawiści. PiS pod wodzą prezesa nie ustaje w szerzeniu kłamstw i nienawiści. Wystarczy posłuchać Czarnka, Goska i innych jego akolitów. Agresywna retoryka polityczna - niezależnie od tego, czy dotyczy Tuska, czy znienawidzonej Unii, z której nota bene najwięcej korzystają ich wyborcy, zwłaszcza z terenów wiejskich, często przyczynia się do wzrostu napięć społecznych i uniemożliwia osiąganie kompromisów w ważnych sprawach państwowych. Trudno przypuszczać, że politycy PiS nie zdają sobie sprawy z konsekwencji tak prowadzonej debaty publicznej, zwłaszcza teraz, w skomplikowanej sytuacji geopolitycznej. Oni muszą to wiedzieć, że pogłębiają oddalanie się od siebie grup społecznych. Ludzie przestają się rozumieć i zaczynają, albo już patrzą na innych nie jak na współobywateli, ale jak na wrogów. A naprawdę niebezpiecznych wrogów, tych z zagranicy, nam nie brakuje.
W czym tkwi problem?
Pytania, jakie zadają obywatele, w istocie nie są o tym, z kim mieszka prezes, lecz czy jego wizja Polski, zwłaszcza ta konserwatywna oraz zwrócona na wschód, jest tą, w której chcieliby żyć? I kolejne; gdybyśmy nie daj Boże nie obronili demokracji, a władzę przejąłby JaRuś do spółki z Braunem i Mentzenem, czy po tych rządach byłoby jeszcze co sprzątać? I na zakończenie jest jeszcze jedno kluczowe pytanie: czy bliżej nam do Brukseli, czy do Moskwy?
Wiesława Kusztal

Napisz komentarz
Komentarze