Przegrana Orbana odsunęła na dalszy plan dyskusje o tym jak kosztem Polski zabawia się dawny miłośnik ustawek. Podpisów brak, emocji full, a cała sytuacja pokazuje, że siedząc w fotelu prezydenta można działać jak przycisk „pauza”. Tyle tylko, że nikt nie wie, kto trzyma pilota i kiedy go uruchomi. Ale dziś nie o tym.
Ten felieton w dużej mierze będzie o bratanku od szabli i szklanki, który zapewniał wikt i opierunek politykom PiS i który kolesiom z Polski udzielał rad jak bogacić się na państwowym. "Przyjdzie taki dzień, że będziemy mieli Budapeszt w Warszawie", mówił Kaczyński w 2011 roku, po przegranych wyborach. Wtedy to miało oznaczać chęć powtórzenia w Polsce węgierskiego sukcesu FIDESZ. PiS do władzy wrócił w 2015 roku. Korzystając z lekcji Orbana od razu przystąpili do demolki w kraju. Na szczęście rządzili o połowę krócej, bo Polacy, pod wodzą Tuska, szybciej niż Węgrzy się ogarnęli.
Nie trzeba mieć dużej wyobraźni, by wiedzieć, że przegrana Orbana w 2026 roku na PiS zadziałała jak zimny prysznic. Dla środowiska prezesa Węgry przez lata były czymś więcej niż tylko zagranicznym suflerem. Raczej to było poletko doświadczalne, na którym testowano skuteczność długotrwałej dominacji jednego obozu przy wyraźnym konflikcie z Unią Europejską i z jawną sympatią do Putina.
Orban z kretesem przegrał wybory
Ale wiele instytucji na Węgrzech, podobnie jak w Polsce za rządów PiS, zabetonowano. Zabetonowanie w kontekście rządów Orbana odnosi się do długofalowych zmian prawnych i kadrowych, które znacząco utrudnią zmianę kursu państwa przez nową władzę. Na Węgrzech proces zawłaszczania państwa był rozłożony na 16 lat. To w polityce bardzo dużo. Analogicznie jak u nas, betonowanie objęło kilka kluczowych obszarów m.in: wymiar sprawiedliwości, media, instytucje finansowe, administrację państwową itd. Choć TISZA zdobyła większość konstytucyjną, a Peter Magyar ma wolną rękę do zmian w państwie – to i tak nie będzie im łatwo.
Politycy PiS
Kaczyński, Nawrocki i inni, którzy do ostatniej chwili wspierali Orbana, dziś muszą przyznać, że ponieśli sromotną porażkę. Ta spektakularna przegrana ich kumpla nie przejdzie bez głębokich refleksji, choćby dlatego, że polityka Kaczyńskiego, ma swoje korzenie w analizie trendów i zagrożeń, także tych, opartych na życiorysach historycznych postaci, niekoniecznie dobrze wspominanych przez ludzkość. Po zmianach na Węgrzech, prezes błyskawicznie zaczął kalkulować i na nowo pisać scenariusz, który nie pozwoli zmniejszyć własnego zaplecza wyborców, nawet tych zmęczonych jego dotychczasowym stylem rządzenia. W tym kontekście Stowarzyszenie Morawieckiego przez wielu odczytywane jest jako ustawione rozdrobnienie w celu zdobywania coraz bardziej rozległego elektoratu popierającego autorytaryzm w różnych formach.
Są dwie wędki
Na jednej łowi Czarnek, na drugiej Morawiecki. Kaczyński przeciwko Stowarzyszeniu publicznie udaje dezaprobatę, a po cichu je błogosławi. Ale dla wielu obywateli to, co dzieje się wewnątrz partii prezesa jest nieczytelne i niezrozumiałe. Wśród wyborców PiS widać niepokój związany z tą sytuacją. Pokazują to sondaże. I jak to w życiu bywa jedni się martwią inni cieszą spadkiem poparcia dla tej partii. Jednak mimo takiej sytuacji sondażowej prodemokratyczne ugrupowania nie mają powodów do radości, bo co z tego, że PiS-owi spada skoro rośnie Konfederacjom. To Orbanowi przez wiele lat udawało się utrzymywać równowagę między mobilizacją twardego elektoratu a kontrolowanym poszerzaniem wpływów. Ale teraz i ten model zawiódł. PiS, żeby nie skończyć jak FIDESZ, stanął przed dylematem: zachować swoich wyborców twardo trzymając się dawno obranego kursu, czy razem z Morawieckim wykonać ruch ku centrum, ryzykując wewnętrzne napięcia.
Mało kto wierzy, że poprzez Stowarzyszenie Pinokio chce wybić się na samodzielność. Jaką rolę ostatecznie przybierze, pokaże czas.
Wiesława Kusztal

Napisz komentarz
Komentarze