Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. U mnie to się sprawdziło. Krótko po śmierci męża wszystko bardzo zdrożało. Gdy zostałam sama musiałam od nowa umeblować życie. Nie było idealnie, ale bezpiecznie. Emerytura jakoś mi wystarczała. Co prawda nie na zachcianki, ale na finansowy spokój. Ten spokój zburzyła mi kartka z administracji. Wiele razy sprawdzałam słupki, dodawałam, odejmowałam, ale zawsze wychodziło, że będzie mi brakowało kasy. Z początku myślałam, że ktoś w biurze się pomylił. Ale po sprawdzeniu u źródła wyszło, że będzie drożej. - Mamo, mówiłam ci, że opłaty będą rosły - mówiła Justyna, moja córka.
- Powinnaś coś z tym zrobić.
- Robię - odrzekłam. - Ograniczam wydatki.
- Nie o to chodzi. Pomyśl o wynajęciu pokoju. Stoi pusty.
- Boję się obcych w domu - powiedziałam cicho.
- Nie przesadzaj! Wszyscy tak robią.
- Wszyscy? Jacy wszyscy?- krzyknęłam. Decyzja zapadła kilka dni później, gdy na zakupach, stojąc przy kasie, bałam się, że zabraknie mi pieniędzy.
Napisałam ogłoszenie
Pokój, umeblowany u starszej osoby. Cenę podałam korzystną dla obu stron. Kiedy już opublikowałam tę informację obleciał mnie strach, że sama do siebie zapraszam intruza. Dzwoniły różne panie, ale pierwsza przyszła Wanda. – Dzień dobry. Pani zgłaszała pokój do wynajęcia? – zapytała. Przytaknęłam i stanęłam z boku, aby mogła swobodnie wejść. Od razu poczułem zmianę. Wniosła obcy zapach, delikatny, ale wyczuwalny i inny niż mój. Pokazałam jej lokum, wspólną kuchnię i łazienkę. Gdy ją oprowadzałam słuchała uważnie. Wprowadziła się kilka dni później.
Walizka na kółkach turkotała na kaflach w przedpokoju. Ten, w sumie cichy dźwięk, wydawał się obcy i głośny. Przekazałam zasady dotyczące utrzymania porządku i ustaliłyśmy godziny korzystania z łazienki. No i - co było ważne - aby bez uzgodnienia ze mną nie sprowadzała gości. Przystała na wszystko.
Problemy narastały stopniowo
Na jedną herbatę gotowała pełen czajnik wody, nie sprzątnięte po śniadaniu, zostawiana w kontakcie suszarka itp. To niby drobiazgi, ale ja przestawałam czuć się u siebie. Pieniądze, owszem były. Ale już spokoju, jaki miały mi zapewnić, brakowało. Nie było żadnych kłótni. A jednak najlepiej czułam się, gdy rano wychodziła na uczelnię. Wtedy próbowałam być sobą we własnym mieszkaniu.
Myślałam, że się przyzwyczaję
Niestety dni mijały a ja nie mogłam się odnaleźć w tej sytuacji. Wanda popołudniami wychodziła coraz później, a wracała w nocy. I tego też nie mogłam znieść. Zamek głośno zgrzytał w drzwiach, obcasy stukały na kaflach... Spotkania w kuchni były coraz mniej sympatyczne. Zwłaszcza, że w porannym pośpiechu zostawiała wszędzie coraz większy bałagan. Nie umiałam tego zignorować i na bieżąco sprzątałam wszystko od razu, aby to, co mnie wkurzało zniknęło jak najszybciej z mojego pola widzenia.
Pewnego dnia, wracając z kościoła, już na klatce schodowej usłyszałam obce głosy, dochodzące z mojego mieszkania. Otworzyłam drzwi i stanęłam w przedpokoju, zastanawiając się nad tym co powinnam zrobić? W jej pokoju byli niezapowiedziani goście. Gdy wyszła do kuchni po szklaneczki cicho i niepewnie powiedziałam do niej: – Myślałem, że umawiałyśmy się inaczej. – Tak i nie zrobiłam nic złego. To tylko na chwilę wpadli koledzy - dodała, prawie szeptem.
Nic nie mówiłam, ale w środku aż mi się gotowało. To jej na chwilę trwało sporo czasu, a w dodatku nie zachowywali się cicho. Wręcz przeciwnie. Co kawałek wybuchali śmiechem i głośno szurali krzesłami, zresztą wziętymi z kuchni. Wtedy czułam, że nie jestem u siebie. Na gorąco analizowałam swoje reakcje. Dlaczego się buntowałam? Czy to był lęk? Nie umiałam tego określić. Jednego byłam pewna. Wanda, moja lokatorka, zburzyła mój ład i spokój. Od czasu do czasu targały mną zmienne nastroje i ogarniała mnie złość na siebie samą, że aż tak jej obecność mnie drażni. Po tamtym dniu, jak tylko się dało, unikałam wchodzenia do kuchni w godzinach, w których mogła tam być Wanda. Wstawałam wcześnie rano, aby mojej porannej kawy, jaką lubiłam pić w ciszy, nikt mi nie zakłócał. Chciałam w ten sposób odzyskać choćby skrawki dawnych przyzwyczajeń. Przy takich okazjach zauważyłam też, że to ja dostosowuję się do nawyków i sposobu życia lokatorki, a z jej strony nie ma chęci do współpracy.
Pewnego dnia
Wanda wstała wcześniej, miała jakiś uczelniany wyjazd i spotkałyśmy się przy kuchence. Przez chwilę stałyśmy w ciszy, ale to Wanda pierwsza popatrzyła mi w oczy, a potem łagodnym tonem odezwała się - Jeśli z czymś nawalam - zaczęła, - jeśli naprawdę z czymś nawalam i przesadzam, proszę niech pani powie.
Zaskoczyła mnie tą wypowiedzią. Chwilę nic nie odpowiadałam. Ale ze spokojem i z uwagą też popatrzyłam na nią i po raz pierwszy zobaczyłam w niej nie intruza, który chce zburzyć mój spokój, ale młodą kobietę, która próbuje odnaleźć się w cudzym mieszkaniu i pewnie tak, jak ja, chce jakoś urządzić się w tej nowej roli.
- Chwileczkę - powiedziałam, to ja powinnam mówić wcześniej i więcej, jeśli coś mi nie pasowało. A tymczasem milczałam i w ciszy się złościłam. Wanda była zdziwiona słysząc te słowa i mój łagodny ton. Ja, mówiąc szczerze, też byłam zaskoczona nagłą zmianą w ocenie lokatorki. Wtedy też obiecałyśmy sobie, że będziemy więcej rozmawiać, a Wanda, że postara się trochę bardziej uważać na utrzymanie porządku i na oszczędzanie prądu.
Jednak, tak naprawdę, po tamtej rozmowie właściwie nic się nie zmieniło. Wciąż gotowała pełen czajnik wody i wciąż wracała późną nocą. Nadal zostawiała po sobie bałagan w kuchni, łazience i w przedpokoju, a ja nadal całą sobą nie znosiłam tego. Ale wówczas po raz pierwszy zaczęła mi kiełkować, póki co jeszcze delikatna i niepewna myśl, że może lepiej mieć mniej pieniędzy, ale za to święty spokój i być panią w swoim mieszkaniu?
O rozmowie z Wandą opowiedziałam mojej córce
Ale Justyna właściwie nawet nie chciała tego słuchać. – Mamo, czym ty żyjesz, to są jakieś bzdury, a nie poważne problemy. - Chwileczkę, Justyna, dla mnie to są ważne sprawy - mówiłam zdenerwowana. Ja straciłam wewnętrzny spokój i bezpieczeństwo. - Straciłaś bezpieczeństwo? Mamo, o czym ty mówisz? - pytała podniesionym głosem. - Tak, bezpieczeństwo - mówiłam przez łzy. Ona zostawia na kuchence czajnik i już wiele razy woda całkiem się wygotowała. Na szczęście w porę to zauważam. – Porozmawiaj z nią o tym.- Rozmawiałam, ale to się powtarza. - No to kup czajnik z gwizdkiem żeby słyszała, że woda się gotuje - dodała ze złością Justyna. Po czym oświadczyła, że nie ma czasu na takie głupoty, a ponadto ma pracę i musi już iść. Po jej wyjściu właściwie żałowałam, że powiedziałam o moich obawach, bo ona chyba nie chce zrozumieć, że stary człowiek inaczej patrzy na wiele spraw, które młodym wydają się nieistotne. A ja od rozmowy z córką wiedziałam, że z problemami muszę radzić sobie sama, bo własne dziecko ignoruje moje lęki.
Czara goryczy
Był zwyczajny dzień. Wróciłam do domu wcześniej niż zwykle, bo dokuczało mi jakieś dziwne zmęczenie. W przedpokoju leżało kilka par porozwalanych butów. Wszędzie pozapalane światła. W kuchni na stole filiżanki. Na kuchence bulgotała w czajniku woda. Zaparowane szafki i prawie pusty czajnik świadczyły o tym, że woda gotowała się dość długo. Z rozmów za ścianą wynikało, że u Wandy jest sporo gości. Stałam, bo w kuchni nie było krzeseł i czułam, jak coś we mnie wzbiera i po chwili pęka. To przecież moje mieszkanie, a ja już całkiem straciłam nad nim kontrolę. Gdy tak stałam zamyślona weszła Wanda. - O, nie wiedziałam, że pani wróciła - powiedziała. - Chwila i już wychodzą. Nie odpowiedziałam nic. Choć miałam ochotę wykrzyczeć swoje rozgoryczenie za zabrany mi spokój. Pretensje i żal wybuchały z narastającą siłą. Najpierw do córki, że tak usilnie namawiała mnie na lokatorkę, a potem do niej, że o nic nie pytała, zagarniając coraz więcej mojej przestrzeni. Byłam też zła na siebie za to, że tak łatwo zgodziłam się wpuścić obcą osobę. Dotarło do mnie, że za tych parę groszy straciłam kontrolę nad moją prywatnością i nad mieszkaniem.
Wanda została do końca semestru
To tyle, ile wynikało z umowy. Gdy oznajmiła mi, że dostała miejsce w akademiku, poczułam ulgę. W dniu wyprowadzki, stojąc przy drzwiach powiedziała - Dziękuję za wszystko. - Dobrze mi się z panią mieszkało. - Cieszę się, odpowiedziałam krótko, bo nie było mnie stać na nic więcej. Gdy zamknęły się za nią drzwi od razu zabrałam się do przywracania dawnego porządku w moim mieszkaniu. Jak już wszystko znalazło się na swoim miejscu poczułam ulgę i spokój. Choć emerytura ledwo wystarczała na życie to i tak byłam szczęśliwa, bo starym ludziom poza zdrowiem, najczęściej potrzeba spokoju.
Notowała: Wiesława Kusztal
Fot. pixabay

Napisz komentarz
Komentarze