Studiowałam zaocznie i pracowałam. W domu była młodsza siostra, która, jak mawiała mama, wymaga opieki, dlatego całe studia, musiałam sama o siebie zadbać. Nie narzekałam. Myślałam, że tak musi być. Aż do czasu, gdy Alina, moja siostra, po ślubie z Grzegorzem, dostała od mamy wkład na mieszkanie. Byłam wściekła. Ale nie rozpaczałam zbyt długo, bo uznałam, że to wspaniałe uczucie samemu realizować swoje marzenia.
Do Arłamowa wyjechałam za pracą
Kilka lat, z powodu ograniczeń finansowych, zajęło mi urządzenie mojego dwupokojowego królestwa. Jakiś czas temu poznałam fantastycznego mężczyznę i to dzięki jego pomocy wykańczanie moich czterech ścian nabrało tempa. Krzysiek, nauczyciel wychowania fizycznego i instruktor narciarstwa, to prawdziwy skarb- złota raczka. Razem dokończyliśmy tapety w sypialni i płytki na balkonie. Odnawialiśmy też meble kupione na starociach, lub otrzymane od znajomych. Nad wystrojem czuwała architektka wnętrz, Paulina, siostra Krzysztofa. Po zakończeniu wszystkich prac z satysfakcją patrzyłam na eleganckie, przytulne i przede wszystkim funkcjonalne mieszkanie. Z mojej rodziny nikt do mnie nie zaglądał, nie mówiąc o jakimkolwiek wsparciu finansowym, mimo, że siostrze z pomocą mamy, powodziło się znakomicie.
Moja oaza
Najważniejsze jest to, że mam własne mieszkanie - myślałam, gdzie nikt mnie nie ocenia i nie komentuje, że jestem po trzydziestce, a wciąż nie mam rodziny. Może i pewnych rzeczy mi brakuje, ale to, co mam zawdzięczam tylko sobie. Kredyt, praca, a potem jeszcze drugi etat i godziny przy komputerze. Ale czułam się z tym dobrze. Przyzwyczaiłam się do porannej kawy w ciszy, w szlafroku i z ulubioną muzyką w tle. Poza tym telefoniczne rozmowy z przyjaciółką ze studiów i świadomość, że mam na wyciągnięcie ręki przyjaciela, z którym wkrótce zamierzam zamieszkać, dawały mi poczucie stabilizacji. To oczywiste, że brakowało mi bliskości rodziny. Bywało, że zazdrościłam mojej siostrze, Alinie, że mamę wciąż ma na co dzień, bo to ona prowadzi jej dom. Gotuje, pierze, pomaga przy dzieciach. Ale po chwili przypominałam sobie, jak to jest być tą Zosią samosią, która zawsze sobie poradzi i nie dlatego, że chce, ale, że musi. Trochę, to czasem boli, że nikt nigdy nie widział moich potrzeb, ani tego, że też chciałam, żeby ktoś mi pomógł i zaopiekował się mną. Ale w końcu pogodziłam się z tym, że od rodziny żadnej pomocy nie otrzymam. Podczas ostatniego Bożego Narodzenia na jakie właściwie sama się wprosiłam, pokazałam zdjęcia z mojego mieszkania. Ani mama, ani siostra nic nie powiedziały, tylko Grzegorz wyraził zachwyt, że gustownie i na bogato urządzone. Nie tłumaczyłam, że to efekt mojej i Krzyśka, ciężkiej pracy. - Nie przypadło im do gustu, to będę miała spokój. - Tak mi się wydawało, dopóki w słuchawce nie usłyszałam stanowczego głosu mamy: Zofia, na ferie wpadamy do ciebie z Aliną i dziećmi.
Ferie all inclusive
- Planujemy zostać 10 dni, bo na krócej to nie opłaca się tłuc taki szmat drogi – oznajmiła mama. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Nawet mnie nie zapytała o zgodą. Po prostu oświadczyła, że przyjeżdżają i już. - Mamo... chwileczkę, odważyłam się na drobny sprzeciw. Jak to wpadacie? Kiedy? Ja mam teraz gromadę terminowej roboty - powiedziałam. - Zośka, uspokój się, jakiej roboty? Przecież ferie się zaczęły. Mamy już wykupione bilety na pociąg, Alina zaplanowała urlop. Nie psuj jak zwykle wszystkiego. - Mamo, ale... nie mówiłaś nic wcześniej. - Mam inne plany, halo? - No, ale co takiego się stanie przecież i tak mieszkasz sama. A dzieci twojej siostry muszą być na świeżym powietrzu. No, a w ogóle to przecież jesteśmy rodziną - krzyczała w słuchawkę. Milczałam, głos gdzieś mi ugrzązł, ale mama mówiła dalej, jak to zamierzają sobie odpocząć, bo przecież mają tyle pracy, Alinka zawodowej, a ona też codziennie nie wie w co włożyć ręce. Pogościmy się trochę. Tak rzadko się widujemy - kontynuowała. A ja bezmyślnie patrzyłam w sufit i myślałam. Moja oaza, moje plany - właśnie się walą. One same zdecydowały, bo po co mnie pytać. Zawsze na wszystko potulnie się zgadzałam...
Pierwsza wspólna noc była koszmarna
Dzieci siostry biegały chyba do pierwszej w nocy. Alina wisiała na telefonie, a mama przestawiała lżejsze meble, póki co w kuchni. Sypialnię przed gośćmi zamknęłam jako domowe biuro. Następnego dnia i dwa kolejne to był koszmar. Kiedy byłam w pracy mama wprowadziła się do mnie do sypialni, bo z wnukami było jej za ciasno. Po pracy musiałam szybko biec do sklepu po zakupy, żeby zapełnić lodówkę, bo nikomu nie przychodziło do głowy, żeby wracając ze spaceru kupić niezbędne rzeczy. Nawet moje kosmetyki znikały błyskawicznie, bo każdego dnia po nartach łazienka zamieniała się w spa. Dopiero trzy dni, a ja już jestem wykończona. Po kolejnej nieprzespanej nocy, bo mama solidnie chrapała, zebrałam się na odwagę i powiedziałam: mamo chcę pogadać. - Możemy usiąść na chwilę w kuchni? - zapytałam niepewnym głosem. - Oj, a co tym razem wymyśliłaś? Nie mów, że znowu nie ma pieczywa! - Nie o to chodzi - powiedziałam. Chodzi o to, że dzisiaj muszę dłużej zostać w pracy i nie zdążę na czas z obiadem. Może byście z Aliną coś przygotowały? - Co? Ty chyba zwariowałaś. Ja tu przyjechałam odpocząć - krzyczała mama. A poza tym w lodówce pustki. Z czego niby mamy gotować? - dodała wściekła. Z początku nie powiedziałam nic, ale po chwili, jak już ochłonęłam, stwierdziłam, że w pobliżu jest sklep i można zrobić zakupy. - Nie, no chyba nie mówisz poważnie, mamy tu gotować i robić zakupy, bo ty zamiast rano wstać i wszystko przygotować, siedzisz z kubkiem kawy i zastanawiasz się jakby tu nam dokopać. Zawsze wiedziałam, że nie jesteś rodzinna, ale teraz przeszłaś samą siebie - wykrzyczała jednym tchem. Wyszłam z kuchni, bo wiedziałam, że dalsza rozmowa nie ma sensu…
W pracy też nie było lekko
Goniły nas terminy i piętrzyły się zobowiązania. Przez świąteczno-noworoczne dni wolne narobiło się zaległości. Ale pod koniec wyczerpującego dnia widać było, że chyba damy radę opanować najgorsze. Jeszcze kilka dni i wyjdziemy na prostą. Było już po 18.00, gdy zmęczona i głodna wróciłam do mieszkania. Mama i siostra siedziały przed telewizorem, dzieci bawiły się w chowanego. Panował ogólny rozgardiasz. Wszędzie porozrzucane zabawki i ubrania, nie mówiąc o hałaśliwych pociechach Aliny. No i coś czego się nie spodziewałam. Nie było nic do jedzenia. Na piecyku żadnych garnków, lodówka pusta.
- Mamo, gdzie jest dla mnie obiad? - zapytałam. Nic mi nie zostawiliście? - Nie. - Twój obiad jest tam, gdzie był nasz. W restauracji! - wykrzyczała jednym tchem. Łzy napłynęły mi do oczu. Prawie się rozpłakałam, ale opanowałam się. Dlaczego tak się zachowujecie? - Dlaczego, traktujesz mnie inaczej niż Alinę, mamo? - zapytałam przez zaciśnięte gardło.
- Jak inaczej? Obie jesteście różne. Jej muszę pomagać i ty też powinnaś. To twoja siostra. Alinka ma męża, dzieci i pracuje, a ty jesteś sama i w dodatku skąpa.
- Tym razem zabolało, bardziej niż kiedykolwiek. Albo teraz powiem co myślę, albo będą dalej traktować mnie jak „głupią zośkę”. Po chwili, nie dając sobie przerwać wywaliłam po kolei co mnie bolało.
- Codzienne zakupy dla dodatkowych czterech osób, na śniadania, obiady, kolacje i w plecaki na stok, to jest sporo roboty i pokaźny wydatek, jakiego nie planowałam. Nie o to chodzi, czy jestem skąpa, czy nie…przecież wiesz, że wszystko kosztuje. Każdego dnia pranie, parowe kąpiele, pełne torby jedzenia, kawki, ciasteczka itp. Ja żyję skromnie, spłacam kredyt mieszkaniowy i nie stać mnie na to żebym urządzała dla was wakacje all inclusive. Poza tym kwestia czasu, akurat teraz na początku roku mam nawał pracy i nie mogę godzinami zajmować się waszym urlopem. Mama zbladła. - No nie, czy ja dobrze rozumiem, ty chcesz żebyśmy same robiły zakupy i może jeszcze za nie płaciły? Chcesz pieniędzy od swojej matki?
- Nie! Chcę być tak samo traktowana jak moja siostra. Zapewniasz jej fool servis. O mnie nigdy się nie troszczyłaś. Mieszkam tu sama, dlatego rachunki mam skalkulowane pod moje możliwości. A teraz nie daję już rady... - Zośka, coś ty? - zawołała Alina, odkładając telefon. - Serio chcesz od rodziny kasy? - Rodzina, która nawet nie zapytała mnie, czy mogę was teraz przyjąć - syknęłam.
- Wiesz co? - mama zerwała się na równe nogi. Teraz widzę, że ty po prostu jesteś egoistką. Wyszła z kuchni, a ja z gulą w gardle i jak zwykle z poczuciem winy tam zostałam. Mama z obrażoną miną siedziała w salonie, a Alina wertowała jakieś ulotki, udając, że nie wie o co chodzi. A chodziło właśnie o nią.
- Żałujesz moim dzieciom trochę jedzenia - zapytała, odwracając kota ogonem. - Przecież wiesz, że chodzi o coś innego - powiedziałam spokojnie. Chodzi o to, że zrobiłyście sobie z mojego mieszkania ośrodek wypoczynkowy. A kiedy mówię o nawale pracy i podstawowych kosztach, słyszę, że jestem wyrachowaną egoistką. - Bo tak jest! - wrzasnęła mama. - Zawsze byłaś zimna. -Tak myślisz?- poczułam, że coś we mnie pęka. - Bo ja pamiętam inaczej! - Też krzyknęłam. Jak byłam chora, to sama sobie robiłam kanapki, bo ty musiałaś zająć się Alinką. Ja zawsze musiałam być cicha i gotowa do pomocy. Nigdy nie pytałaś mnie, czy ja może czegoś potrzebuję. Mama zbladła na twarzy. Alina chrząknęła. - Ty? Jak zwykle pokrzywdzona? Mieszkasz sama, masz swoje życie, a my? Dzieci, rodzina! Wieczna harówka. Ale ty tego nie widzisz. Zawsze masz jakieś „ale”. - Bo nigdy nie chodzi o mnie! - krzyknęłam. Jestem tylko po to, żeby dawać. Pomagać.
Zapanowała cisza
Dzieci Aliny patrzyły przerażone. Mama zamilkła. A ja… zamknęłam się w sypialni i pierwszy raz od dawna rozpłakałam się jak dziecko. Gdy wyszłam z pokoju, spuchnięte oczy mówiły więcej niż chciałam. Alina siedziała w kuchni z kubkiem herbaty w dłoni, a mama wyszła gdzieś z dziećmi. Usiadłam naprzeciwko siostry. Chciałam wytłumaczyć, że to nie o pieniądze poszło, tylko o sposób, w jaki jestem traktowana. Ale zanim otworzyłam usta, Alina rzuciła mi prosto w twarz - Zawsze miałaś co chciałaś, a teraz żal ci wody i pieniędzy na jedzenie? - Co? Alina, ty żartujesz? To ty zawsze byłaś tą lepszą, ukochaną córeczką. Dzienne studia, mieszkanie, pomoc przy dzieciach! - A ja musiałam sobie radzić sama. Nie tak było? – Nie! Ty po prostu nie doceniasz jak wiele dostałaś. - Bo zawsze miałaś wszystko - powtórzyła Alina. - Tyle, że na to wszystko ja sama zapracowałam - odpowiedziałam.
W nocy nie mogłam zasnąć. Przekręcałam się z boku na bok, słysząc zza ściany ciche rozmowy mamy z Aliną. Chyba przez całą noc omawiały sposób, w jaki chcą mnie sprowadzić na ziemię. Przez chwilę chciałam wstać, wejść tam, żeby powiedzieć, co naprawdę myślę, ale coś mnie powstrzymało. Rano bez kawy i bez śniadania poszłam do pracy. Kiedy pod wieczór wszyscy wróciliśmy do domu - one z nart i z obiadu w restauracji, a ja z pracy, już wiedziałam, co zrobię.
- Musimy porozmawiać - powiedziałam stanowczo, stając w drzwiach salonu. Obie popatrzyły na mnie zdziwione. Ale tylko mama się odezwała. Co, chcesz nowej awantury? - spytała. - Nie! - Chcę, żebyście jeszcze dzisiaj opuścili moje mieszkanie.- Co?! - wybuchła mama. - Wyrzucasz nas?! Tak! - Przekroczyłyście wszelkie granice. Zapadła cisza. Alina otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale mama ją ubiegła. To wspaniale! - krzyknęła. Ale nie myśl, że tak łatwo ci pójdzie. Musisz nam zwrócić poniesione koszty. Za bilety na pociąg i za skipasy. - Ok, powiedziałam. Jednak, gdy trochę ochłonęłam sprostowałam, nie zapraszałam was i nie będę za nic zwracać. Mama krzyczała, dobrze, wyjedziemy, a pieniądze i tak nam zwrócisz. Może być w ratach – dodała czerwona ze złości mama. A ja, jak nigdy dotąd, byłam wyjątkowo spokojna i co najważniejsze, w ogóle nie czułam żadnej winy.
Notowała: Wiesława Kusztal
Fot. Pixabay

Napisz komentarz
Komentarze