Spotkałem krytyka półliterackiego w osobie Władka Włada, akuratnego i oszczędnego w słowach alkoholika. Nie bawił się w dłuższe wypowiedzi, machał zniecierpliwiony ręką, gdy ktoś mówił dłużej niż kwadrans. Jego wspomnienie też krótkie. Żeby nie gadać napisał. Z blisko dwudziestu listów, opisujących dni chwały uwagę zwraca historia jego umiejętności pisarskich, które odkrył w sobie stawiając kropkę po pierwszym zdaniu wyjątkowej opowieści, skierowanej do świata. Idzie ona tak: pijaństwo ma swoje dobre i złe strony....
Na początek krótkie wyjaśnienie dla sympatyków bohatera pierwszego planu: jako pierwszy z Polaków – wysłał swego czasu pocztą lotniczą list z gratulacjami do Donalda Trumpa (bez czapki) za bezdyskusyjne zwycięstwo w wyborach, a depeszę zaczął słowami: „Panie Prezydencie USA...”. Ale to tylko dygresja. Do Donalda Trumpa (w czapce czerwonej) gratulacji nie wysłał. Zapomniał, a jak sobie przypomniał, to już było po czasie.
Nadto, w głowie miał już kolejne zdanie skierowane do świata, a w niej myśl, którą rozwinął na trzydziestu czterech stronach zeszytu A 4 – bez kropki i przecinka, że żyć trzeba tak, jak się tylko potrafi, nie szkodzić innym. Ten swego rodzaju pacyfizm rozwinął o własne doświadczenie sześćdziesięciu jeden lat życia własnego i kolegów. - Kolegowie będą mogli zaświadczyć, że piszę prawdę – skromnie wzmiankował.
A wzmiankował m.in. o tym, że w jego krajobrazowym otoczeniu są jeziora Wielkie i Małe i wyspa na Wielkim. Na tej wyspie, przy współpracy z kolegami powstał Zbiór Specjalny Rzeczy Różnych, w skrócie ZSRR. Placówka ma status najwyższy, czyli narodowy. Współinicjator jej powstania w tym roku ubiegać się będzie o wsparcie w Unii Europejskiej z programu inicjatyw regionalnych. I – co najważniejsze - także o Pokojową Nagrodę Nobla. Po raz jedenasty!!!
W tym roku dowiedział się Władek Wład, iż w kategorii Pokojowa Nagroda Nobla rozważano kandydaturę prezydenta USA Donalda J. Trumpa (w czerwonej czapce). Komitet Noblowski uznał, że taka nagroda mu nie przysługuje. Co stanęło na przeszkodzie? Trudno się zorientować... A z Komitetem Noblowskim się nie dyskutuje.
Ale to nie wszystko co zdołaliśmy zebrać w wiadomej sprawie. Kilkadziesiąt lat temu będący na emigracji Sławomir Mrożek, znany dramaturg, pisarz, a nawet rysownik zaprezentował „Listy do Szwecji”. Odnoszą się one m.in. do jego korespondencji z Gunnarem Brandellem (wydane jako „Listy 1959-1994”), wybitnym szwedzkim literaturoznawcą i krytykiem. Listy te stanowią zapis relacji młodego polskiego pisarza z zagranicznym intelektualistą, dokumentując jego drogę artystyczną, emigrację oraz funkcjonowanie w realiach politycznych. Sławomir Mrożek, wybitna postać polskiej i światowej literatury, lekceważony i dołowany przez władze komunistyczne PRL pierwszą nominację do Literackiego Nobla otrzymał w roku 1968, a zgłaszającym był Karl Ragnar Gierow, członek Akademii Szwedzkiej, reżyser teatralny i tłumacz. Wtedy Nobla otrzymał Yasunari Kawabata z Japonii. Cztery lata później druga nominacja pochodziła od prof. A. Ojala, literaturoznawcy z uniwersytetu w fińskim Jyväskyllä. Nobla Literackiego w 1972 roku otrzymał jednak Heinrich Böll z RFN m.in. autor słynnej „Utraconej czci Katarzyny Blum”.
W „Listach do Szwecji” Sławomir Mrożek, w sposób dobrze nam znany, z wdziękiem napisał opowiadanie, które o epokę wyprzedziło tragifarsę w wykonaniu Donalda Trumpa. Literatura najwyższej próby przedstawia się następująco:
„Szanowny Panie Nobel
Proszę uprzejmie o przyznanie mi pańskiej nagrody Nobla. Moją prośbę motywuję następująco:
Pracuję jako księgowy w przedsiębiorstwie państwowym i jako taki napisałem kilka książek, a mianowicie:
Książkę Przychodu i Rozchodu, książkę pod tytułem „Bilans” i Księgę Główną. Ponadto do spółki z magazynierem napisałem powieść fantastyczną pod tytułem „Spis Inwentarza”.
Myślę że panu by się spodobały, bo wszystkie są napisane z wyobraźni i uśmiać też się można, prawdziwa satyra. Jakby pan chciał je przeczytać, to mogę je panu pożyczyć, ale nie na długo, bo inni też chcą. A najbardziej Inspektor Izby Kontroli, on się do nich aż pali, już go słyszę w sąsiednim pokoju. W związku z tym będę miał koszty, bo on moje książki przeczyta ale mogą mu się nie spodobać. Dlatego właśnie piszę do pana, żeby mi pan przesłał nagrodę i żeby mi się koszty zwróciły. Niech pan prześle na mój adres domowy. Nawet jakby mnie listonosz już nie zastał, to żona odbierze, zostawię jej upoważnienie. Wtedy to będzie znaczyło, że potrzebuję na adwokata, albo... Niech pan chwilkę poczeka, panie Nobel, właśnie wszedł.
Już wyszedł. Wie pan co, panie Nobel? Niech mi pan przyśle dwie nagrody. Nie ma pan pojęcia jak podrożało.”
To znakomity przykład jak trzeba się bić o swoje.
*
W felietonie wykorzystałem informacje zawarte w portalu bonito.pl
Bogumił Drogorób

Napisz komentarz
Komentarze