Polska polityka od lat przypomina tragikomiczny serial, w którym scenarzyści uznali, że spokojny odcinek to odcinek stracony. W tej konwencji nasz felietonowy bohater najwyraźniej postanowił grać rolę nie tyle głowy państwa, ile głównego recenzenta rządu. Publiczne ataki na rząd, demonstracyjne weta ustaw, wstrzymywanie nominacji sędziowskich i ambasadorskich, wszystko to sprawia, że na szczytach władzy wrze. Z formalnego punktu widzenia prezydent ma prawo weta. Konstytucja wyposaża go w prerogatywy nominacyjne i w możliwość zabierania głosu w sprawach publicznych. Ale wtedy, gdy chce on wejść w kompetencje rządu, narzędzia jakie dostał przestają być elementem równowagi władz, a stają się permanentną polityczną kontrą, powstaje chaos. W naszej polityce od dawna obserwujemy zjawisko, tzw. „wojny symbolicznej”, gdzie już nie chodzi o konkretne ustawy, budżet czy decyzje administracyjne, ale o ton i sposób odnoszenia się do instytucji państwa oraz jego demokratycznie wyłonionych władz. Niebezpieczną konsekwencją tego jest nasz wizerunek w świecie.
W tym kontekście,
postawa „bohatera” wobec rządu i premiera Tuska budzi coraz więcej pytań – nie tylko o motywacje, ale przede wszystkim o skutki dla państwa. I nie chodzi tu o sam spór ideowy, bo to jest czymś naturalnym w demokracji. Ale gdy różnica poglądów przeradza się w otwarte lekceważenie legalnych władz i podważanie ich mandatu nie poprzez merytoryczną krytykę, lecz poprzez delegitymizującą narrację, to wtedy jest problem. Ostre wypowiedzi i konsekwentne budowanie przekazu, w którym każda decyzja gabinetu Tuska jest z góry przedstawiana jako szkodliwa, sprzeczna z interesem narodowym i podejrzana o działanie na rzecz Niemców, nie wróży nic dobrego. Taka narracja głowy państwa pewnie mobilizuje własny elektorat, ale jednocześnie znacząco osłabia zaufanie obywateli do państwa jako całości. A to właśnie zaufanie jest fundamentem stabilności, koniecznym w kraju położonym w trudnym geopolitycznie miejscu. Prezydent powinien mieć, ale czy ma, świadomość, że instytucje państwowe nie mogą stawać się narzędziem bieżącej walki politycznej. Gdy jednak on sam i jego otoczenie wchodzi w otwarty spór z rządem, Polacy i zagranica otrzymują jasny przekaz: państwo jest słabe i podzielone nie tylko politycznie, ale także instytucjonalnie.
Operacja na żywym organizmie
Polska stoi dziś przed możliwym konfliktem zbrojnym. Konieczna jest poprawa bezpieczeństwa w szerokim tego słowa znaczeniu i jak najlepsze stosunki z NATO i z Unią. W takich warunkach niezbędna jest współpraca między ośrodkami władzy i instytucjami publicznymi. Krytyka rządu jest dopuszczalna i wskazana. Jednak powinna odbywać się na poziomie języka dyplomacji i opierać na faktach, a nie na kłamstwach i rutynowym podważaniu i blokowaniu każdej inicjatywy. Z tego cieszą się tylko nasi wrogowie. Demokracja potrzebuje silnej opozycji i ostrych sporów, ale potrzebuje też elementarnego uznania, że państwo to coś więcej niż suma partyjno -kolesiowskich interesów. Warto, aby opozycja pamiętała, że rząd Tuska posiada demokratyczny mandat wynikający z wyborów. Kwestionowanie go poprzez sugestie o braku legitymacji moralnej czy patriotycznej, uderza nie tylko w politycznych przeciwników, ale i w wyborców, którzy oddali na niego głos.
Polska ma iść do przodu, a nie ciągle „wracać po swoje”
Żaden polityk, a zwłaszcza prezydent nie może zamieniać polityki w tanią sensację i przekonywać, że woreczek z nikotyną i „męska rozmowa” to odpowiednie narzędzia do rządzenia krajem w środku Europy. Potrzeba nam Polski silnej, zjednoczonej, dobrze uzbrojonej i wspieranej przez odpowiedzialnych sojuszników. Wetowanie ustaw, które miałyby służyć Polsce, a przede wszystkim politykowanie ze snusem w zębach i szukanie wsparcia u labilnego przyjaciela korzyści nam nie przyniosą.
Wiesława Kusztal

Napisz komentarz
Komentarze