Wydarzenia w Italii oglądam - jak każdy przeciętny miłośnik sportowych wydarzeń ogólnoświatowych – w telewizji. Kilka kanałów do wyboru. Nie wszystko mnie interesuje. Nie interesuje mnie, przykładowo, wynik meczu hokeja kobiet, ale akcenty związane - delikatnie rzecz ujmując - z niebezpieczną grą. Za „zagrania” niezgodne z fair play, o regulaminie nie wspominając, w hokeju są kary rozmaite – od 2 minut na ławce kar lub 5 minut odpoczynku, można też wylecieć z lodowiska do szatni.
Okazuje się, że panie potrafią już wiele, w końcu hokej to nie szachy. Zdarzało się, że Włoszki, Francuzki, czy Szwedki, Niemki też demonstrowały, iż kij hokejowy nie służy tylko do prowadzenia krążka, nie używa się go wyłącznie do strzału z tzw. klepki.
Wynik meczu, niekoniecznie na wyniszczenie, można zgadnąć, przewidzieć, odczytać. Wysłuchać, przeczytać. Ciekawszy wydaje mi się wynik badania stomatologa (stomatolożki) określając stan uzębienia dwudziestu kilku pań, wyłączając rezerwowych, które lodu – jak się powiada – nie posmakowały.
Konkurencją bezsprzecznie zajmującą jest curling. Oglądam ciurkiem. Czwórka zawodników przeciw czwórce. Osiem granitowych kamieni, które zwyczajowo zwane są czajnikami. One właśnie suną po lodzie pchnięte sprawną ręką zawodowców – pań i panów. W końcowej części korytarza jest tzw. dom – koła, z centrum. Granitowe kamienie wprowadzone w ruch ślizgają się po lodzie w celu dotarcia do centrum domu. Ale, żeby tak się stało do akcji wkracza tzw. ekipa sprzątająca, czyli zawodnicy danej drużyny. Filcową miotełką zaczynają intensywnie szczotkować lodową taflę, chcąc nadać odpowiednią rotację, zwiększyć odległość czajnika.
Igrzyska się kończą, medale w curlingu rozdano, a ja w dalszym ciągu zgłębiam terminologię, logistykę, poznaję strategię. Całe życie człowiek czegoś się uczy.
Cortina d'Ampezzo – to było dawno, w 1956 roku – a więc igrzyska tam powróciły. W pamięć zapadła mi ta nazwa, bowiem nie my, tylko Franciszek Groń-Gąsienica zdobył dla Polski pierwszy medal zimowych igrzysk. Brązowy, za trzecie miejsce w kombinacji klasycznej, zwanej też kombinacją norweską. Po powrocie do kraju towarzysze partyjni zaproponowali dzielnemu narciarzowi wstąpienie do PZPR. Kombinator klasyczny odmówił: grzecznie, zdecydowanie, nie wiem. Temat powinien być zbadany przez IPN. Tu też wypada postawić pytanie, dlaczego w Zakopanem, mieście gdzie żył, pracował, skąd wyjeżdżał na zawody, dokąd wracał z sukcesami, nie ma ulicy poświęconej wybitnemu narciarzowi, ani skweru, ani placyku. Góralowi, Polakowi, Patriocie, o którym towarzysze partyjni lat PRL-u nigdy z sympatią nie mówili to się po prostu należy. Był raczej ciężarem niż skarbem dla opresyjnego państwa. W tym sensie wróciłem do miejsca, które znów znalazło się na ustach świata, nie tylko sportowego – Cortina.
Raz w życiu zawodowym udało mi się zobaczyć igrzyska. Kierownictwo „Gazety Pomorskiej”, gdzie pracowałem wówczas, wysłało na kilka dni ekipę w składzie: Jacek Drozdowski i ja, niżej podpisany (reporterzy) i Wojciech Wieszok (fotoreporter). Lądowanie w Oslo, dworzec kolejowy, stacja Lillehammer. Miasto wielkości Brodnicy, blisko 30 tys. stałych mieszkańców. Po drodze naszkicowaliśmy sobie gry plan – wyniki to sprawa drugorzędna, PAP wysyła wszystko do redakcji, a my tylko to, co nas zadziwi, zaskoczy, co jest w tle rywalizacji.
Wysłannik z Oslo, z odpowiednią tablicą, czeka na nas przed dworcem kolejowym. W samochód i jedziemy do miejsca zamieszkania. Poza miastem, dalekie peryferia, domek drewniany, w butelkowym kolorze. W drzwiach klucz. Tam ktoś mieszka? Owszem, ale nie teraz. Teraz my tam zamieszkamy. Gospodarze wyjechali do krewnych albo pomieszkują w kamperach. Pełne zaufanie? Jasne! Tacy są Norwegowie. Pokoje do zamieszkania. Wybieram pokój, prawdopodobnie ucznia. Na biurku podręczniki szkolne, zeszyty. Tu ołówek, tam długopis, jakieś mazaki. Przerwane zwyczajne życie, bo są igrzyska, bo przyjechali ludzie ze świata.
Stok Kvitfjell, tam rozegrano już zjazd do kombinacji, jedziemy zatem na finał, na Hafjell. Slalom specjalny zakończy dzieło. Piękna pogoda, słoneczna, niebo bez chmurki, minut 14 stopni C. Ludzie dobijają, szukamy dobrego miejsca wśród kilkudziesięciu tysięcy widzów. Z Norwegii i ze świata. Obok nas dwie panie. Rozgrzewają się płynem z typowej damskiej piersiówki. Nawiązujemy rozmowę, są gościnne. My proponujemy orzeźwiający napój z Polski. Marit i Anette nie krępują się. Z głośników leci przewodnia piosenka igrzysk „Ol Floke”. Samo słowo floke oznacza machanie rękami dla rozgrzewki i Marit demonstruje. Anette zwraca uwagę wyjątkową fryzurą. Otóż ma kilkadziesiąt warkoczyków do których dopięła miniaturki flag państw uczestniczących w światowej imprezie. Odszukuję polską, a Wojtek Wieszok w tym czasie robi to, co fotoreporter w takiej sytuacji zrobić musi.
Marit i Anette są na imprezie z wielu powodów. Jako najważniejszy podają, iż niejaki Lasse Kjus, narciarz alpejczyk, to ich sąsiad! Czekamy zatem na Kjusa. Po pierwszym przejeździe trójka Norwegów – Kjus, Aamodt i Nilsen – znalazła się w piętnastce. W finale cała trójka odbierała medale.
Poważnym ich rywalem był Luksemburczyk Marco Girardelli. Po zjeździe zajmował 4 miejsce, po slalomie specjalnym spadł na 9. Wspominam tego alpejczyka nie bez powodu. Widziałem go bezpośrednio jak śmigał między tyczkami, niedawno zobaczyłem go w telewizji jak niósł flagę Luksemburga, był chorążym na otwarciu Igrzysk Milano Cortina 2026. Marco Girardelli, lat 62.
Skocznia normalna (K-90) i rewanż Norwegów za średnie wyniki na dużej. Tylko jeden medal. I tylko srebrny. Espen Bredesen i Lasse Otesen biorą najcenniejsze medale. Duża skocznia pozostawiła nietakt, światowe agencje miały używanie. Oto zwycięzca z Niemiec już zjednoczonych, enerdowiec Jens Weissflog wygrywa i pokazuje widowni środkowy palec. Konkurs drużynowy, do ostatniej serii prowadzą Japończycy przed Niemcami. Serca widzów są po stronie skoczków z kraju Kwitnącej Wiśni. Brakuje tylko kropki nad i... Ma ją postawić doskonale spisujący się Masahiko Harada. Ale do akcji wkraczają Niemcy, nie wiadomo czy znowu Jens Weissflog. W każdym razie Harada słyszy od Niemców: dasz radę, nie ma problemu, nie denerwuj się, skoczysz i już, masz złoto. No i Masahiko Harada nie wytrzymał, skoczył fatalnie. Złoto odebrali Niemcy. Jest nam smutno.
Ciekawostką jest to, iż w składzie Japonii znalazł się gość nam dobrze znany Noriaki Kasai, który jeszcze dwa miesiące temu miał zamiar wystartować w igrzyskach Milano Cortina 2026, na skoczni w Predazzo. Mało brakowało. Ale dzielny skoczek obiecuje, że będzie latał aż do 60. W czerwcu skończy dopiero 53 lata.
Wracamy do Warszawy z międzylądowaniem w Sztokholmie. Chwila przerwy na lotnisku Arlanda, ale my pracujemy nieustannie. Reporter musi mieć dobry wzrok, słuch, także i węch. Otóż znajoma twarz, ze stoku narciarskiego Hafjell, spaceruje sobie przed otwarciem Gate 12 do Zurychu. Vreni Schneride, Szwajcarka, złoto, srebro i brąz za slalom specjalny, kombinację i gigant. Jacek Drozdowski prosi o autograf, ja zadaję krótkie pytania, Wojtek Wieszok pstryka fotki. - Ale krótko, chłopaki, bo się spieszę – alpejka wzbrania się przed dłuższą rozmową.
Mamy ją! I to najważniejsze co nas spotkało w powrotnej podróży. Oczywiście, oprócz turbulencji nad Gotlandią.
Igrzyska czy olimpiada? Traktujemy zazwyczaj wymiennie. Jest jednak poprawność, od starożytności, obowiązkowa: igrzyska to sportowe zawody, olimpiada to czas między igrzyskami. Wierzę Grekom.
Bogumił Drogorób
Fot. Wojciech Wieszok
Fot. 1 Na stoku podczas igrzysk w Lillehammer
Fot. 2 Norwegowie są niezwykle dbali o przyrodę, traktując wszystko co wokół jako cud natury. Wielu z nich sprzeciwiało się, gdy drwale ruszyli na zbocze zalesione, by tam „wyrzeźbić” logo igrzysk, sylwetkę biegacza z olimpijskim zniczem. Uspokoili się gdy wiosną, po igrzyskach, leśnicy wyszli z nowymi nasadzeniami. Nie ma dziś śladu po robocie drwali.

Napisz komentarz
Komentarze