Grudniowy chłód ściął kałuże, a na witrynach pojawiły się rozświetlone gwiazdy - to znak, że Polska zaczęła żyć swoim corocznym rytuałem. Wtedy pierwsze skrzypce gra polski grudzień. Roznosi się zapach piernika i rozbrzmiewa „Last Christmas. Kolorowe światełka, społeczne opłatki i dyskusje o tym, czy w sklepach jest taniej czy drożej. A od piętnastu lat, gdy w perfidny sposób, dla partyjnego zysku, podzielono naród, w tej pięknej scenerii pojawia się już nie taka wesoła i świąteczna kolęda polityczna. Jej fałszywe nuty słychać w najdalszym zakątku kraju. A paradoks naszych świąt zaczął polegać na tym, że
im bliżej Bożego Narodzenia, tym dalej do miłości bliźniego
i do pokoju. To widać gdy politycy jedynie słusznej partii ze swoim prezydentem na czele zabierają głos w sprawach, które najwyraźniej znają wyłącznie z teorii, a i to wybiórczo, a ponadto znaczenie wielu wartości rozumieją zgoła inaczej niż to wynika z definicji.
Na niby
Wystarczy posłuchać wystąpień i grudniowych konferencji prasowych, gdy na scenę wkracza on - partyjny, bo przecież nie obywatelski. Człowiek, który w jednym zdaniu chce sklejać naród, a w drugim, waląc na oślep rozbija go na kawałki. Ton podniosły, słowa wielkie, a między nimi wykrzyczane półprawdy i fałszywe oskarżenia. Niby o „wartości”, niby o „tradycji chrześcijańskiej”, niby o „obronie wiary”. Niby… Gdyby ich PiS-owska retoryka była miernikiem pobożności, mielibyśmy w Warszawie drugie Betlejem. Ale te teksty, to pozory, bo im więcej mówią o miłości bliźniego, tym chętniej wskazują tego bliźniego jako wroga, zdrajcę, „gorszy sort” i antychrysta.
Prezydent - też niby,
w grudniowym anturażu: w tle choinka, anielski chór i on mówiący o jedności, zgodzie i szacunku. Oczywiście chwilę później, krzycząc sugeruje, że połowa Polski to potomkowie zdrajców i komunistów, którzy nie mają chrześcijańskich ani patriotycznych serc. Taka to ich świąteczna metafizyka: najpierw marchewka, potem bejsbol. Główni aktorzy prawej strony odgrywają w tym wszystkim swoje stałe role strażników rodziny, wiary i miłości. Ostatnio Batyr też przy każdej okazji podkreśla, jak ważne są zgoda i jedność, po czym ze spokojem firmuje narrację dzielącą społeczeństwo bardziej niż grudniowe promocje w dyskontach. A przecież Boże Narodzenie - niezależnie od tego, kto i w co wierzy - to w polskiej kulturze moment zawieszenia broni. Czas, kiedy przy stołach zasiadają ludzie gotowi odłożyć ostre słowa. Tymczasem polityczna narracja zdaje się mówić: „Wesołych Świąt”, ale tylko dla naszych. Trudno o większy kontrast między deklarowaną religijnością, a budowaniem społecznych podziałów.
Zamiast miłości bliźniego
mamy nowe listy wrogów ojczyzny, a zamiast dobrej nowiny - pod choinkę dostajemy stare oskarżenia. Wystarczy włączyć telewizję, tę pełną bogoojczyźnianych haseł, by usłyszeć, że część Polaków to jacyś heretycy od nowoczesności, którzy nie chcą w przestrzeni publicznej krzyży i nie rozumieją „prawdziwego ducha świąt”. Tak, tego mogą nie rozumieć. Bo nie o to chodzi, żeby głośno mówić o narodzeniu Boga, jednocześnie robiąc wszystko, by dalej szczuć i dzielić. W grudniu światło ma rozpraszać mrok, a nie oślepiać tych, którzy myślą inaczej. I może właśnie na tym polega największe wyzwanie polityki w świątecznym czasie: nie na pustych deklaracjach wiary, a na zwyczajnej, ludzkiej odpowiedzialności. Zanim znowu zaczniemy się zastanawiać, kto kogo podzielił, a kto tylko „wyraził opinię”, spróbujmy choć na chwilę przypomnieć sobie, o co w Bożym Narodzeniu chodzi. Zapomnieliśmy, że chodzi o to żebyśmy w tym jednym momencie w roku potrafili być dla siebie życzliwi.
Jeśli ktoś, także prezydent części Polaków, chciałby zrobić w polskiej polityce coś co graniczy z cudem czyli: niczego nie podsycać, nikogo nie straszyć, nie dzielić na lepszych i gorszych - tylko życzyć ludziom spokoju, byłby to prawdziwy cud grudniowy.
Wiesława Kusztal

Napisz komentarz
Komentarze