Z życia wzięte. Wielokrotnie bici i porywani 

  • 30.04.2021, 14:54
Z życia wzięte. Wielokrotnie bici i porywani 

Rychu Rzeszotara i ta cała jego ferajna przecudownych gości  - wielu z nich potrafi złożyć zdanie pełne modernistycznych fantazji – pochodzą z różnych stron. Z bliska i z daleka. To nie ma znaczenia. Kiedyś ktoś na kogoś wpadł i tak już zostało. I poszło dalej, jak w łańcuszku św. Antoniego.

Zapytany o stan zaawansowania projektu powstania na Wyspie Skarbów poważnej instytucji o nazwie Zbiór Specjalny Rzeczy Różnych w skrócie ZSRR, Rychu Rzeszotara odpowiedział, że dzień otwarcia jest bliski a przyjaciele pełni entuzjazmu. Wiosna się rozwija, świat inaczej wygląda, i po prostu, coraz bardziej się chce dokonać czegoś, czego jeszcze nie było. Z niecodzienną propozycją wyszedł nieoczekiwanie 

Wenek Chcica, stolarz o siedmiu palcach

- Przyjechał kiedyś do mnie, posiedział z tydzień, może dłużej i wymyślił takie coś  - opowiada Rychu Rzeszotara, - żeby każdy napisał o sobie, czego dokonał w życiu, dlaczego czuje się człowiekiem wyjątkowym, którego świat podziwia. Oczywiście świat nam bliski. Po tygodniu, gdy gadaliśmy o tym i owym, mówi mi tak: zobacz Rychu, ilu ciulów, debili ta święta ziemia nosi, ilu ciulów, debili, idiotów ma nas za nic, żeby nie powiedzieć za śmieci, więc każdy z nas kogo znamy, tu się spotykając, u ciebie, w tych lasach, nad wodą, powinien napisać,  - a jak słabo mu idzie to opowiedzieć - o swoich wyjątkowych działaniach na rzecz kraju, Europy i świata, na rzecz wolności i niepodległości.  Zakończył tę wypowiedź ostro, jak na niego: my nie od macochy!!!
- To jest konkret!!! - zgodził się z entuzjazmem Rzeszotara.
No i Rychu rozochocił się na dobre. Już to widział w drobiazgach! Uznał, że trzeba będzie wszystko ręcznie spisać, każdy z osobna. W ten sposób  pozostaną na wieczne lata i wieki, przetrwają oryginalne, wyjątkowe dokumenty autorskie, autografy. W świat poszedł wyraźnie sprecyzowany sygnał. Rzeszotara napisał do wszystkich mu znanych przyjaciół, odwiedzających go bez powodu, bez przyczyny, bez zobowiązań, do grona nazwanego opozycją demokratyczną – przy okazji zalecił, żeby odzywać się do niego Wysoki Rychu -  wyłuszczył idee i określił termin. Po kilku tygodniach do Wysokiego Rycha zaczęły spływać listy. Na tę okoliczność ubrał niebieską koszulkę z napisem Rychu Rzeszotara Prezydent Świata. Na rozpęd 

pierwsze miejsce w kolekcji 
zajmuje wpis Wenancjusza Chcicy,  stolarza o siedmiu palcach. We wstępie zaznacza, że z szacunku dla całej sprawy kazał sobie sprowadzić przez syna z Londynu atrament oraz wieczne pióro. I napisał tak: mając 11 (słownie jedenaście) lat rozpocząłem w podziemiu walkę o wolność Polski i Polaków. Nim skończyłem 19 lat (słownie dziewiętnaście), byłem wielokrotnie bity i porywany przez esbecję. A poza tym ja, jako jeden z trzech Polaków, obok Jana Pawła II i Lecha Wałęsy, przyczyniłem się do upadku Związku Radzieckiego. A wszystko się zaczęło u dziadka w piwnicy gdzie świecą wykopciłem razem z kumplem Waldkiem sufit w wielkie litery PZPR i dopisałem małymi: Polski Związek Piłki Ręcznej. Na komendzie milicji nikt nie chciał uwierzyć, że  to właśnie znaczy to, że  z partii rządzącej naszym krajem robię sobie niestosowne żarty. Do liceum mnie nie przyjęli, do zawodówki poszłem na stolarza, żeby się partia i ludowe państwo ode mnie odpieprzyło. Ojciec stracił robotę, matce odbiło, brat wylądował w kryminale za kradzieże i recydywę. Nie załamałem się i dzięki „Solidarności” doszłem do siebie.
Na pięciu stronach wypisał swoje dzieje Wenancjusz Chcica, dokument odwagi, przyzwoitości i bezinteresowności.
Z blisko dwudziestu listów, opisujących dni chwały uwagę zwraca 

historia Władka Włada, 

akuratnego i oszczędnego w słowach. Nie bawił się w dłuższe wypowiedzi,  machał zniecierpliwiony ręką gdy ktoś mówił dłużej niż kwadrans. Jego wspomnienie też krótkie.
- Urodziłem się w roku kiedy zmarł Stalin. Mając dwanaście lat zacząłem swoją walkę o niepodległą Polskę. Na lekcji rosyjskiego, kutas jeden, zarządził śpiewanie hymnu Związku Radzieckiego. I zaczął dyrygować. Wszyscy w ławkach, a ja wstałem. A on, żebym usiadł. A ja nie, stoję. No to on do mnie ze wskaźnikiem. A ja do niego: naucz się, chuju, hymnu państwowego słuchać na stojąco. Wyleciałem ze szkoły, na tym skończyła się moja edukacja. Podstawówkę skończyłem już na wsi. Od tego momentu zacząłem działać w podziemiu. Żeby była jasność sprawy, - wyleciałem ze szkoły za chuja, a nie za to stanie, podczas sowieckiego hymnu.

Gustaw O'Chadly, pilarz, człowiek lasu

życie całe w lesie spędza. Niekiedy pojawiał się w mieście i wtedy musiał zmierzyć się z trudną rzeczywistością.
- Wszyscy mnie znają, że jestem człowiek spokojny, żyję w zgodzie z naturą. Ale jak w mieście jestem dostaję czasem małpiego rozumu. W moim życiu były takie momenty, że pijąc zapominałem że piję. Wtedy zazwyczaj lądowałem w izbie wytrzeźwień, bo to było duże miasto, z dużą izbą. Raz kiedyś, a było siła ludzi na wytrzeźwieniu, zapodałem międzynarodówkę „Wyklęty powstań ludu ziemi”. Wiara tam akredytowana jak gdyby momentalnie otrzeźwiała. Chłopy przypięte pasami  darły się ile wejdzie, ciągnęło ich do życia. Wpadli sanitariusze i był łomot. Popłynęła robotnicza krew. Wy skurwiele, jebane ormowcy wołałem, Polaków bijecie? Klasę robotniczą? Tak wołałem! I przez to wołanie do końca komuny nie miałem życia. Ale przeżyłem skurwieli!!!
Od tego wydarzenia zszedłem do podziemia. I miałem las na podorędziu.

Dla emerytowanego sędziego

Otto Majewskiego, dla ścisłości sędziego piłkarskiego, biegającego w krótkich gaciach z gwizdkiem w gębie lub żółtą chorągiewką po boiskach głównie A-klasowych, góra trzecioligowych, najważniejsze może nie, ale najciekawsze było wydarzenie związane ze Świętem Pracy. Napisał o tym tak:
- Miałem sędziować w Bydgoszczy, ale z rana całą naszą trójkę  wzięli na pochód Jednego Maja. Idziemy ul. 1 Maja, dawniej Gdańską i obecnie też Gdańską. Ja z bocznymi idę w fabrycznym tłumie. Konkretnie z Fabryką Kabli. Towarzystwo trzyma szturmówki, wiatr w nie dmucha, dochodzimy do miejsca gdzie trybuna honorowa i ja krzyczę: kabel z partią, partia z kablem. Drę pyska a reszta za mną powtarza: kabel z partią, kabel z partią, kabel z partią!  I tak szliśmy. Zwinęli nas przed Świętojańską. Najpierw do bramy i pałowanie, żeby nikt nie widział. A potem suka i na komendę, na Poniatowskiego. Siedziałem czterdzieści osiem, boczni też. Już wiedziałem po której stronie będę resztę życia. Od tego czasu dawali mnie już tylko na A albo B klasę. A nadawałem się na pierwszą ligę. Tak mnie się wydaje... Wkrótce zacząłem działać w podziemiu.

Drobny epizod

z życia partyjnego, które zostało przerwane wcześniej niż się spodziewał, Zygmunt Lał opowiedział w liście na kartce z zeszytu szkolnego. Dziś jest znany jako twórca kominków, uzębienie z NHL (Narodowa Liga Hokejowa amerykańsko-kanadyjska). 
- Było zebranie partyjne, otwarte, więc myślę sobie, czemu nie, się przejdę, odpocznę w czasie pracy, a robiłem w fabryce mebli. No i nasz towarzysz, główny sekretarz na zakładzie, po odczytaniu czegoś tam otworzył dyskusję. Ponieważ nikt się nie zgłaszał, zgłosiłem się ja, bezpartyjny. Zapytałem, jako głos w dyskusji, czy można otworzyć okno. Towarzysz sekretarz pozwolił. Zapraszał do dyskusji, więc znów, widząc, że nikt się nie zgłasza, podniosłem rękę. Zapytałem czy można palić, skoro okna otwarte...Od razu towarzystwo zaczęło szperać po kieszeniach, sporty palić, ekstra mocne z filtrem i bez, ekstra mocne light też.  Wywalono mnie z zakładu jako tego, który chciał od wewnątrz zniszczyć partię. W końcu PZPR sama się zniszczyła, a ja zająłem się  kominkami. No i zniknąłem w podziemiu.

Na koniec słów kilka z listu Iwana Groźnego,
odkrywcy drogi na Wschód. - Nic mnie nie łączyło z polityką czasów PRL-u, chociaż polityką było wszystko. Tak mówiono. Był jakiś spis powszechny. I przyszedł rachmistrz spisowy, rozglądał się po gospodarstwie, po domu, tu i tam. I wreszcie zapytał, w ramach spisu, czy upiłem się kiedyś do nieprzytomności. Strzeliłem mu krótko w ryj, mocno z lewej, w podbródek. Poszedłem na dwa lata, za atak na urzędnika państwowego. Na dwa lata!!! Potem było podziemie.
Tak mniej więcej wygląda historia życia w PRL-u ludzi, którzy mając niewiele lat rozpoczęli swoją drogę do wolności, prowadząc w podziemiu walkę o wolność Polski i Polaków. Nie mieli nawet 19 lat, gdy byli  wielokrotnie bici, nawet porywani do lasu i bici tam w sposób wyszukany przez esbecję.

Zapytał mnie Rychu Rzeszotara, ubrany w niebieski t-shirt z napisem czy tych dziewiętnaście dokumentów nie  wymaga jakiegoś wystylizowania, jakiegoś opracowania. Wyraziłem opinię, że treść i styl, nawet pisownia, są wyrazem emocji i prawdziwych uczuć przelanych na papier. To ich najważniejszy walor.  Zachęcił, żebym napisał coś ze swojego życia, coś z jajem, ale żeby był konieczny ślad porwań, aresztowań, bicia przez milicję lub ZOMO. Ale jeszcze przed ukończeniem 18 roku życia! I z tą myślą rozstaliśmy się, do następnego razu.

Bogumił Drogorób 
Fot. Jagoda Żbikowska

  
 

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (2)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Czesława
Czesława 04.05.2021, 10:44
Czytać, wspominać, śmiać się i płakać... Lubię te opowieści, bo samo życie i na wesoło! Tak trzymać! Z przyjemnością czekam na ciąg dalszy!

Pozostałe